• facebook
  • rss
  • Ożywili ruiny

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Gość Elbląski 06/2016

    dodane 04.02.2016 00:00

    Pasłęk. – Na podwórzu stał ogromny kocioł, w którym gotowana była czarna kawa. Przy nim stała Niemka w tradycyjnym turbanie i ogromną chochlą nalewała nam tę kawę – opowiada pani Elza.

    Zeszłoroczny listopad był tak samo słoneczny i ciepły jak ten 70 lat temu, kiedy po raz pierwszy wraz z moją rodziną postawiliśmy nasze stopy w Pasłęku – wspomina Elza Strzelecka. Była jednym z pierwszych polskich osadników w tym mieście. Jej rodzina przybyła do tego miasta z Wilna, podobnie jak większość ówczesnych mieszkańców.

    – Z rozrzewnieniem wspominam pierwsze chwile, kiedy wysiedliśmy z towarowego wagonu na całkowicie zniszczonym dworcu. Miasto leżało w gruzach – opowiada pani Elza. Miała 12 lat, gdy jesienią 1945 roku przyjechała z rodziną do Pasłęka. – Godzinami chodziliśmy ulicami miasta, chcąc poznać je jak najlepiej – opowiada. W niektórych ogródkach jeszcze kwitły kwiaty, na niektórych budynkach już powiewały biało-czerwone flagi – to wszystko wryło się w pamięć kobiety. – To już było moje miasto, choć wtedy mieszkaliśmy wciąż w wagonie – dodaje. Tak kolorowych wspomnień nie ma Czesław Frączek, który również przybył wtedy do Pasłęka z Kresów. – To miasto było prawdziwą ruiną, jakby przeszedł tędy tajfun – opowiada pan Zygmunt, który do miasta przyjechał we wrześniu 1945 roku. – Wszędzie czuć było zapach spalenizny. Czerwonoarmiści „świętowali” zwycięstwo, paląc budynki, które jeszcze ocalały – mówi pan Czesław. – Nie było prądu, na ulicach było ciemno – mówi pan Zygmunt. – Ale my wychodziliśmy w miasto. Sprawdzaliśmy, co kryją strychy i piwnice. Szukaliśmy amunicji – to były dziecięce zabawy tamtego czasu.

    Czarna kawa, biały chleb

    Pierwszym budynkiem, w którym pozwolono zamieszkać rodzinie pani Elzy, było biuro Państwowego Urzędu Repatryjacyjnego przy ul. Stalina (dziś Dworcowa). – Na jego podwórku stał ogromny kocioł, w którym gotowana była czarna kawa. Przy nim stała Niemka w tradycyjnym turbanie i ogromną chochlą nalewała nam tę kawę – wspomina. W budynku naprzeciwko można było kupić bochenki białego chleba. – Tak bardzo chciałam, żeby do kawy był prawdziwy cukier, a nie sacharyna, a do tego ciepłego chleba – masło – wspomina pani Elza. Dopiero po jakimś czasie rodzinie pozwolono zamieszkać w budynku przy ulicy Jagiełły 22. – Nasze nowe mieszkanie było zupełnie puste. Jak się okazało, wszystkie meble z całego domu zostały zgromadzone w jednym z pomieszczeń zabezpieczonym prymitywną kartką z nazwiskiem właściciela. Moja rodzina nigdy nie zdobyła się na to, aby sięgnąć po to bezpańskie mienie. Cierpliwie czekaliśmy, aż zostanie to wywiezione do centralnej Polski – mówi pani Elza i dodaje, że po jakimś czasie okazało się, że „sąsiad” miał więcej takich mieszkań. – W niemal wszystkich były te naklejki, ze stale powtarzającymi się nazwiskami. Zaczęliśmy się bać – mówi pani Elza. Dużym przeżyciem dla 12-letniej dziewczynki był czas, kiedy część mieszkańców postanowiła opuścić ojczyznę. Niektórzy z rodaków chcieli bowiem szukać szczęścia za oceanem. – A niech sobie jadą do tej Ameryki – złościła się. – I tak nic dobrego ich tam nie spotka i wrócą. Tam przecież jest tylko stonka, którą zrzucają na nasze pola ziemniaków – myślała. Ta amerykańska stonka to wymysł komunistycznej propagandy, która już wówczas kształtowała umysły Polaków.

    Ukradł, sprzedał i zabrał

    Polscy osadnicy sporo opowiadają o ówczesnych stosunkach z radzieckimi żołnierzami, którzy stacjonowali w pobliżu. – Kradli na potęgę, a następnego dnia przychodzili i sprzedawali to za butelkę wódki – opowiada pan Czesław. – Za alkohol można było z nimi wszystko wyhandlować. Pan Zygmunt przyznaje, że w kontaktach z Rosjanami trzeba było być bardzo ostrożnym. – Jeden Rosjanin mógł ci coś jednego dnia sprzedać, a następnego przychodził inny i to odbierał – wspomina. – Jako wilniucy byliśmy jednak do tych „targów” zawsze dobrze przygotowani. Z pomocą zawsze przychodził bimber, który rozwiązywał wiele problemów w tych relacjach. Mieliśmy baniak ukryty na strychu na czarną godzinę – wyjaśnia pan Czesław. Pani Elza wspomina pewną potańcówkę, która skończyła się tragicznie. – Rosyjscy żołnierze popili i byli bardzo agresywni. Impreza skończyła się strzelaniną, a jeden żołnierz został zabity – opowiada. – Kradli jednak nie tylko Rosjanie. Było mnóstwo lokalnych szabrowników. To wszystko sprawiało, że w początkowych miesiącach strach było wychodzić po zmroku na ulice – wspomina pan Zygmunt.

    Budowa na zgliszczach

    Powojenne życie w Pasłęku to jednak przede wszystkim próba zbudowania wspólnoty pierwszych polskich mieszkańców. – Tutaj przecież nie było ani sklepu, ani szkoły. W miarę dobrym stanie zachowała się jedynie poczta – mówi pan Zygmunt. To wszystko, co jest potrzebne do życia, mieszkańcy musieli sobie sami zbudować. – Bardzo szybko powstało targowisko, gdzie można było kupić mięso, warzywa czy też żywy inwentarz – opowiada. – Mama mojej koleżanki, pani Drozdowicz, zdobyła gdzieś wózek na dwóch kółkach oraz wagę z odważnikami. Tak powstał pierwszy warzywniak w Pasłęku. A z tego drobnego handlu pani Drozdowicz sama utrzymywała czteroosobową rodzinę. Pierwsi polscy osadnicy pamiętają powstanie pierwszego zakładu meblowego. – Mówiliśmy na niego „meblówka”, choć był to zwyczajny tartak – mówi pan Zygmunt. – Jakimś cudem Rosjanie go nie splądrowali, więc tartak pracował i w tamtym czasie dawał pracę wielu osobom. Dużą zasługę w jednoczeniu lokalnej społeczności odegrali duchowni oraz oddani miastu urzędnicy. Pierwszym polskim kapłanem w Pasłęku był ks. Józef Sikora. – To ten ksiądz poświęcił pierwsze liceum ogólnokształcące w naszym mieście, które powstało z inicjatywy starosty powiatowego Feliksa Śniecikowskiego. Co ciekawe, był on dziadkiem obecnego burmistrza Pasłęka, Wiesława Śniecikowskiego – tłumaczy pani Elza. – To wszystko nie byłoby jednak możliwe, gdyby nie solidarność ludzi – mówi pani Elza. – To prawda, ludzie wtedy chętnie się organizowali – zgadza się z nią pan Zygmunt. I dodaje: – Gdyby nie oni, nie byłoby dziś tak pięknego Pasłęka. Wieczór wspomnień mieszkańców Pasłęka i okolic zorganizowała Miejska Biblioteka Publiczna w Pasłęku. Przed dyskusją wyświetlono film „Moje dwie miłości Wilno–Pasłęk”. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół