• facebook
  • rss
  • Wzgórze bernardynów

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Gość Elbląski 08/2016

    dodane 18.02.2016 00:00

    Właściciel ziemski z Kadyn w obliczu śmierci złożył śluby, że jeśli przeżyje, wybuduje tam klasztor, a potem o tym... zapomniał.

    Ukryty głęboko w lesie, na jednym ze wzgórz Wysoczyzny Elbląskiej, w pobliżu Kadyn, klasztor bernardynów skrywa bardzo ciekawą historię. Powstanie zespołu klasztornego zawdzięczamy nawróconemu luteraninowi Janowi Teodorowi von Schliebenowi. – Był to bogaty właściciel ziemski, którego dobra rodowe znajdowały się w okolicy Węgorzewa, a dziś niektóre z nich leżą już po stronie rosyjskiej, w obwodzie kaliningradzkim – opowiada ks. prof. Wojciech Zawadzki, autor książki „Historia klasztoru bernardyńskiego w Kadynach”. – Ten sam człowiek był również współfundatorem znanego sanktuarium maryjnego w Świętej Lipce – dodaje.

    Święci: Franciszek i Antoni stoją za oknem

    Schlieben był pułkownikiem wojska polskiego i brał udział w wyprawie wiedeńskiej króla Jana III Sobieskiego. – W czasie jednej z potyczek tej wyprawy, kiedy zagrożone było życie pułkownika i los jego oddziału, miał on złożyć ślub, iż jeśli ocaleje, to po powrocie do swoich dóbr ufunduje klasztor św. Franciszka – opowiada autor. – Ale jak to w życiu bywa, pułkownik po powrocie do domu o przysiędze zapomniał. Kupił wprawdzie dobra w Kadynach, ale powstał na nich jedynie okazały pałac. Domu dla zakonników nie wybudowano – mówi ks. prof. Zawadzki. Pewnego wieczoru Schlieben siedział z jednym ze swoich zaprzyjaźnionych jezuitów, który odwiedzał te tereny. Po tej rozmowie, w nocy długo nie mógł zasnąć. – Kiedy tylko sen spłynął na niego, zaraz się budził. Podszedł więc do okna i zobaczył za nim dwie postacie: św. Franciszka i św. Antoniego. Te postacie kiwały do niego, aby wyszedł przed swój pałac – kontynuuje historyk. Święci zaprowadzili właściciela ziemskiego na pobliskie wzgórze. Wtedy Schlieben miał sobie przypomnieć obietnicę, którą złożył pod Wiedniem. Na ile prawdziwa jest ta historia, tego, jak mówi ks. prof. Zawadzki, nie da się zweryfikować. – Jest ona jednak zapisana w oryginalnych dokumentach Kapituły Warmińskiej i w dokumentach lokacyjnych klasztoru – zauważa.

    Gdzie jest obraz?

    Franciszkanie z prowincji wielkopolskiej przyjęli zaproszenie do Kadyn. Najpierw wybudowali tam drewniany kościół i klasztor. Po kilku latach wzniesiono budynki już cegły. – Powstały wówczas także okazała dzwonnica i dom pielgrzyma, których dziś już niestety nie ma – mówi ks. Wojciech. W przylegających do kościoła budynkach znajdowały się m.in. nowicjat, refektarz czy karcer. Cały obiekt otoczony był murem i zabudowaniami gospodarczymi. Za klasztorem zakonnicy założyli staw rybny i mieli mnóstwo drzew owocowych. – Typowy bernardyński klasztor – wyjaśnia kapłan. Bardzo szybko stał się on stosunkowo ważnym klasztorem w regionie. – W głównym ołtarzu kościoła znajdował się bowiem obraz św. Antoniego Padewskiego – wyjaśnia ksiądz profesor. – I do tego obrazu ciągnęły rzesze pielgrzymów. Tak było aż do kasaty klasztoru w 1826 roku. Pielgrzymki liczące tysiące pątników przybywały na wzgórze co roku z Elbląga, Braniewa i innych okolicznych miast. – Przez długi czas, pisząc historię tego klasztoru i badając dokumenty kasacyjne, nie mogłem znaleźć informacji, gdzie wywieziono ten słynący łaskami obraz – opowiada ks. Zawadzki. W tych dokumentach wpisano m.in. gdzie wywieziono wszystkie inne obrazy, ołtarze, ornaty, ławki, dzwon itd. – Natomiast o tym obrazie cisza. Wydawało się, że cudowne płótno musiało zaginąć. Okazuje się jednak, że to nie jest prawda. – Obraz św. Antoniego ocalał. I przez te wszystkie lata znajdował się wcale nie tak daleko – mówi historyk. Dopiero niedawno badacz doznał olśnienia. – Kiedy odwiedzałem katedrę we Fromborku, spostrzegłem w jednym z bocznych ołtarzy obraz św. Antoniego. I wtedy zrozumiałem, że to jest obraz kadyński. – Kanonicy warmińscy uznali po prostu, że najgodniejszym miejscem dla tego wspaniałego obrazu będzie katedra. I to się wydawało im wówczas tak oczywiste, że nawet nie wpisano tego do żadnych dokumentów – opowiada ks. Wojciech.

    Kasata, centrum narciarskie i… powrót do korzeni

    W pierwszej połowie XIX w., kiedy w Prusach likwidowano wszystkie zakony, podobny los spotkał klasztor kadyński. – Jeszcze po 1826 r. kilku zakonników mieszkało w Kadynach, ale większość z nich wyjechała do Królestwa Polskiego czy zaboru rosyjskiego. Kiedy zmarli ostatni zakonnicy, klasztor naturalnie przestał istnieć – opowiada ksiądz profesor. Przez następne dziesiątki lat w budynkach klasztoru mieściła się szkoła wiejska w Kadynach. Kościół zaś był zamknięty i popadał w ruinę. Wyjątkowe pomysły na wykorzystanie poklasztornych budynków mieli komuniści. Miał tam powstać dom pracy twórczej. – Te plany były bardzo rozległe. Wokół domu miały być wybudowane wyciągi narciarskie, tory saneczkowe, bobslejowe, restauracje – to wszystko, jak wyjaśnia autor publikacji, miało przyciągnąć turystów ze Skandynawii. – Ruch miał być tutaj olbrzymi. Zaczęto nawet odbudowywać ten klasztor – ksiądz pokazuje fotografie z ogromnymi betonowymi słupami i balkonami, które dobudowano do klasztoru. – Ale jak to często w komunie było, zabrakło pieniędzy i wszystkie projekty władz spaliły na panewce. Ponowna odbudowa klasztoru nastąpiła w 1991 roku. – Ówczesny biskup warmiński Edmund Piszcz zaproponował prowincjałowi franciszkanów w Poznaniu, że przekaże te zabudowania z powrotem zakonowi – mówi ks. W. Zawadzki. I tak po 166 latach franciszkanie powrócili na kadyńskie wzgórze, na którym pracują do dziś.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół