• facebook
  • rss
  • Zza krat do klasztoru

    Łukasz Sianożęcki Łukasz Sianożęcki

    dodane 25.08.2016 19:54

    – Zbysiu co sobie pomyślałeś jak pierwszy raz do nas przyjechałeś? – pyta ojciec Jacek, swojego podopiecznego. – Pomyślałem, że to fajne miejsce. A co może sobie pomyśleć facet, który siedzi od 15 lat w zakładzie karnym? – odpowiada retorycznie Zbyszek.

    Zbyszek; osadzony zakładu karnego w Iławie, już od ponad dwóch lat regularnie odwiedza klasztor ojców Misjonarzy Oblatów, gdzie pracuje i żyje wraz z zakonnikami. – Zbyszek jest już z nami tak mocno zżyty, że śmiało nazywam go moim bratem – opowiada z uśmiechem o. Jacek Leśniarek OMI. Zbyszek nieco skrępowany kręci głową. – Nie, nie. Ja tu tylko pracuję, i staram się po prostu dać od siebie jak najwięcej – opowiada. – No ale gdybyś chciał kiedyś wstąpić do zakonu, to ten "staż" tutaj na pewno ci policzą – śmieje się duchowny.

    A jak Zbyszek trafił do klasztoru? – Od wielu lat ojcowie oblaci, co wynika z charyzmatu zgromadzenia, posługują w więzieniach i zakładach karnych – wyjaśnia ojciec Jacek. Zbyszek przebywa w iławskim więzieniu od 2000 roku. – To po przybyciu do Iławy poznałem ojca Kazimierza Tyberskiego – opowiada. – Wtedy w zakładzie była fama, że ten ksiądz robi dobrą robotę – wtedy Zbyszek postanowił przyłączyć się do Grupy Oddziaływania Duszpasterskiego, którą prowadził o. Kazimierz.

    Jak mówi dołączenie do tej grupy było dla niego bardzo ważne. – Co tu dużo ukrywać, znalazłem się w nieciekawej sytuacji życiowej – opowiada. – Nie chciałbym dużo o tym, mówić, ale zostałem pomówiony, a potem skazany za przestępstwo, którego się nie dopuściłem. Chodzi o morderstwo – ucina krótko. – Upatrywałem wtedy pomocy w Bogu, dlatego zgłosiłem się do ojca Kazimierza z prośbą o pomoc.

    Choć dziś już Zbyszek nieco oswoił się z codzienną pracą w klasztorze, to jednak początki pobytu tutaj zapamięta na zawsze. – Dzień wcześniej po raz pierwszy po 15 latach mogłem opuścić mury więzienia – jak mówi wraz z grupą więźniów mogli pójść pograć w piłkę nożną na pobliskim orliku. W czasie tego meczu jeden ze współwięźniów zdecydował się na ucieczkę. – Wtedy pomyślałem: O nie! Wszystko zawalone. Koniec z wyjściami. W takich sytuacjach często obowiązuje odpowiedzialność zbiorowa. Na szczęście tym razem tak się nie stało i następnego dnia przyszliśmy do klasztoru.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół