• facebook
  • rss
  • O dwóch takich, co idą do Rzymu

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Elbląski 37/2016

    dodane 08.09.2016 00:00

    – Upał mało nie doprowadził nas do udaru. No cóż... pielgrzymka to nie tylko miłe spotkania i piękne widoki. Do Belgioioso doszliśmy zmordowani, spaleni, przepoceni... – mówi ks. Andrzej Preuss.

    Jeszcze chwila, a skończy się nasza pielgrzymka. Wydaje się, że za rogiem zobaczymy kopułę bazyliki watykańskiej – mówi ks. Andrzej. – A na razie skończyły się Alpy, wszystko stało się płaskie i zaczęła się roślinność śródziemnomorska. Spotykamy wielkie platany, bananowce, kiwi, brzoskwinie, figi... Dzień 10. pieszej pielgrzymki księży Andrzeja Preussa i Grzegorza Puchalskiego do Rzymu to licząca 36 km droga z Gropello Cairoli przez Pawię do Belgioioso.

    – Wyszliśmy bardzo wcześnie – o 5.30, bo upały są nie do zniesienia, a trudno było podaro- wać sobie zwiedzanie Pawii – uroczego miasta z ponaddwutysiąc- letnią historią – mówi ks. Grzegorz. – Idziemy trochę asfaltem, a później znaki prowadzą wzdłuż rzeki Ticino, zadrzewionym terenem rekreacyjnym. Zdaje się, że wszystkie pająki Europy postanowiły rozciągnąć pajęczyny w poprzek ścieżki. A owady, zamiast w nie wpadać, czekały na nas. Wyszliśmy stamtąd jak mumie w trzech czwartych zjedzone przez zajadłe bestie – śmieje się ks. Andrzej. To w Pawii znajdują się doczesne szczątki św. Augustyna z Hippony, wielkiego doktora i ojca Kościoła. Pierwsze kroki pielgrzymi skierowali więc do kościoła, w którym umieszczone są relikwie. – Modliliśmy się przy nich. Mieliśmy też to szczęście, że wspomnienie liturgiczne tego wielkiego pasterza i teologa przypada na 28 sierpnia, więc relikwie, które normalnie są zamknięte w metalowej skrzyni, były wystawione do kultu w przezroczystej szkatule – opowiada kapłan. – Ponadto w Pawii urodził się także świetny piosenkarz włoski lat 70. – Drupi – zwraca uwagę ks. Andrzej. – Żeby na czas zwiedzania miasta uwolnić się od plecaków, pozostawiliśmy je na portierni tutejszej kurii biskupiej – opowiada ks. Grzegorz. Pielgrzymom musiały wystarczyć zaledwie dwie godziny, by zobaczyć choć w części ważne zabytki tego miasta. A potem długi, prawie 18-kilometrowy marsz asfaltową drogą wzdłuż pól i parków. – Było ciężko. Naprawdę – dodaje. – Dalej droga okazała się katorgą. Przeszliśmy te 36 km, ale upał mało nie doprowadził nas do udaru. No cóż... pielgrzymka to nie tylko miłe spotkania i piękne widoki. Doszliśmy do Belgioioso zmordowani, spaleni, przepoceni... – podsumowuje ks. Andrzej. Jak mówi ks. Grzegorz, cenne jest to, że we Włoszech kościoły, czy to w małych, czy większych miejscowościach, są zasadniczo otwarte i można do nich wstąpić na chwilę modlitwy, czego nie ma na Camino w Hiszpanii. – Tam z reguły, zwłaszcza na północy kraju, „odbijaliśmy się” od zamkniętych drzwi kościołów. Tutaj jest zdecydowanie lepiej. Zasadniczo też tam, gdzie są kościoły parafialne, są też codzienne Msze św. rano lub wieczorem, więc nie mamy kłopotów, żeby się dołączyć do koncelebry lub w przypadku, gdy Msza św. już się odbyła, odprawić ją samemu w kościele. Pielgrzymka jest ciekawa i wymagająca również przez niespodzianki, które się przytrafiają pątnikom w drodze. – Tak było wczoraj: wieczorem zauważyłem, że straciłem w telefonie prawie wszystkie moje kontakty; pozostała ich tylko niewielka część – mówi ks. Grzegorz. – Telefon nie sygnalizował żadnych problemów i pomimo konsultacji w żaden sposób nie mogłem dojść do przyczyn ani cofnąć sytuacji. Na szczęście następnego dnia wieczorem w tak samo tajemniczy sposób kontakty powróciły na swoje miejsce. Bogu dzięki, bo bez telefonu jak bez ręki – nawet na pielgrzymce. Kolejny dzień drogi z Belgioioso do Calendasco (32 km). – Wyruszyliśmy jeszcze wcześniej niż wczoraj, bo umówiliśmy się na przeprawę przez rzekę Pad na południe – mówi ks. Grzegorz. – Byliśmy o czasie, podobnie jak nasz przewoźnik Danielo Parisi – przesympatyczny starszy mężczyzna o dużym poczuciu humoru. Szybko rozpoznał w nas księży i poopowiadał o historii tego miejsca, tędy bowiem przeprawiał się abp Sigeric w 990 roku, idąc z Canterbury do Rzymu i z powrotem. Potem podstemplował nam nasze credentiale, czyli paszporty pielgrzyma, pokazał drogę i dał kilka potrzebnych rad.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół