• facebook
  • rss
  • Dotarli!

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Gość Elbląski 40/2016

    dodane 29.09.2016 00:00

    – Czujemy radość i dumę z tego, że pokonaliśmy tak wiele trudów i swoich słabości, że nie poddaliśmy się zwątpieniu, ale walczyliśmy do końca, by stanąć u bram Wiecznego Miasta – opowiada ks. Grzegorz.

    Ostatni etap. Miało być 14,5 km, ale ostatecznie wyszło 17. To i tak nic. – Tak czy owak, przeszliśmy ostatnie kilometry dzielące nad od celu pielgrzymki, czyli grobów św. Piotra i św. Jana Pawła II – mówi z radością ks. Grzegorz Puchalski. Ten elbląski kapłan i jego kolega kursowy ks. Andrzej Preuss po 35 dniach pieszej wędrówki po Via Francigena dotarli do Rzymu.

    – Ostatni dzień zapowiadał się na tyle ekscytująco, że obudziłem się przed 4.00 rano i nie mogłem już zasnąć – opowiada ks. Puchalski. – Fakt, że moja najdłuższa dotychczasowa pielgrzymka dobiega końca, że dziś będę w stolicy chrześcijaństwa, że dziś rozstaniemy się z naszymi towarzyszami drogi: Timem i Karoliną, Manuelem i Pietro, a zwłaszcza z Roberto, z którym spędziliśmy najwięcej czasu, sprawił, że różne wspomnienia i plany, różne myśli i obrazy snuły mi się po głowie do godziny szóstej, kiedy to wszyscy wstaliśmy i wspólnie ruszyliśmy w drogę. Siedmioro ludzi z plecakami wyglądało na tyle niecodziennie, że budziło spore zainteresowanie wśród spotykanych ludzi. Idąc żwawym krokiem, jakby chcąc dostosować się do pospiesznego rytmu miasta, pielgrzymi dotarli przez Monte Mario przed plac św. Piotra. – Tam pogratulowaliśmy sobie zwycięstwa, ze wzruszeniem wpatrywaliśmy się przez dłuższą chwilę w bazylikę św. Piotra – opowiada ks. Grzegorz. Potem był czas na pamiątkowe fotografie i odebranie świadectw pielgrzyma. Pątnicy przeszli przez Święte Drzwi Jubileuszu Miłosierdzia do bazyliki św. Piotra na chwilę modlitwy i zwiedzania. – Na koniec zjedliśmy ostatni wspólny posiłek i z łezką w oku rozstaliśmy się z naszymi przyjaciółmi – mówi elbląski kapłan. Do grobów św. Piotra i św. Jana Pawła II polscy pątnicy udali się następnego poranka. – Powierzyliśmy im wszystkie intencje i pragnęliśmy zobaczyć w sobie te ziarna, które zostały zasiane w naszych sercach. Zostaliśmy tam aż do audiencji środowej Ojca Świętego Franciszka. Jak opowiada ksiądz Grzegorz, do głowy cisnęło się wówczas mnóstwo refleksji i chęci podsumowania całości, ale na to jeszcze było zbyt mało siły. Wciąż żywe były wspomnienia zarówno z tych pierwszych, jak i ostatnich dni drogi. Już od kilku dni niecierpliwość w nich narastała, gdyż wiedzieli, że są bardzo blisko. – Na przykład wtedy, kiedy widzieliśmy samoloty podchodzące do lądowania na rzymskim lotnisku Fiumicino. To znak, że stolica Italii jest już blisko – opowiada. Oni też, podobnie jak te samoloty, zaczęli „kołować” przed Wiecznym Miastem. – Nie opuszczało nas bowiem poczucie, że nasza trasa wije się i kluczy wokół Via Cassia i że nadkładamy sporo kilometrów. Kolejne wciąż kołaczące się obrazy w głowie pochodzą z Monterosi, gdzie księża Grzegorz i Andrzej koncelebrowali Mszę św. w niewielkim kościele św. Józefa. – Ksiądz proboszcz przyjął nas serdecznie. Trzeba zresztą powiedzieć, że dołączając do Mszy św., stanowiliśmy pewnego rodzaju atrakcję i każdy z kapłanów przewodniczących Eucharystii przedstawiał nas, chwalił oraz mówił o doświadczeniu powszechności Kościoła – uśmiecha się kapłan. Wędrujący księża podkreślają, że muszą koniecznie wspomnieć o swoich aniołach stróżach. – Pan Bóg w czasie drogi niejednokrotnie posyłał nam pomoc w postaci rożnych osób. Zdarzyło się, że z Monterosi wychodziliśmy w niewłaściwym kierunku. Dwóch mężczyzn aż trzykrotnie korygowało nasze plany, żeby nas naprowadzić na właściwą drogę wyjścia z miasta. Pomyśleliśmy, że po tej pielgrzymce nasi aniołowie zgłoszą się do Szefa po dodatkowy urlop wypoczynkowy. Wielka radość przyszła także w przeddzień finiszu. Pielgrzymi dotarli wtedy do La Storta, czyli przedmieść Rzymu. Stąd, według przewodnika, do grobu św. Piotra Apostoła jest właśnie 14,5 km. – Bliskość osiągnięcia celu pielgrzymki ożywiła nas i podekscytowała. Doświadczyliśmy rado- ści i dumy z tego, że pokonaliśmy tak wiele trudów i swoich słabości, że nie poddaliśmy się zwątpieniu, ale walczyliśmy do końca i dotarliśmy do bram Wiecznego Miasta.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół