• facebook
  • rss
  • Modlitewna jazda

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Gość Elbląski 41/2016

    dodane 06.10.2016 00:00

    – Gdy dojechaliśmy na plac, usiedliśmy na murku i wtedy popłynęły mi łzy – wspomina Wiesław Darkowski.

    Zanim wsiedli na rowery, aby spędzić na nich 40 dni bez przerwy, dzień wcześniej zrobili sobie wycieczkę do Gietrzewałdu, oczywiście... na dwóch kółkach. – To sanktuarium Matki Bożej jest tuż pod naszymi nosami. Nie mogliśmy rozpocząć objazdu największych sanktuariów maryjnych Europy bez odwiedzin tego miejsca – opowiada pan Wiesław, który wraz ze swoim przyjacielem Henrykiem Witkowskim dojechał rowerem do Fatimy.

    – Zbiórkę przed naszą wyprawą wyznaczyliśmy na zaledwie 10 minut przed odjazdem pociągu. Na szczęście zdążyliśmy i dojechaliśmy najpierw do Poznania, a stamtąd do Frankfurtu nad Odrą. I dalej jechaliśmy już tylko na rowerach. Każdy z nas miał rower, który razem z bagażem ważył 40 kg – opowiada. Niemcy nie były zbyt gościnne, od samego początku pielgrzymom towarzyszył deszcz. – Nie był intensywny, można było jechać, ale musieliśmy wykorzystać ubrania przeciwdeszczowe – mówi pan Henryk. Rowerzyści śmieją się, że były one przeciwdeszczowe tylko według producenta. – Rzeczywistość weryfikowała właściwości ubrań i po około 15 minutach owe właściwości powoli zanikały. Już od początku podróży ustalili pewien rytuał działania. – Między innymi postanowiliśmy, że już o godzinie 20 zaczynamy rozglądać się, gdzie można przenocować, ale za to wstajemy już o 5 rano, aby wykonać plan i zdążyć na czas do Lizbony – dodaje pan Wiesław. A plan był taki: codziennie 120 km jazdy rowerem. – Ale tak jak z ubraniami przeciwdeszczowymi, to był tylko plan. Zdarzało się przejechać 170 km, ale też 33 kilometry. Francja jednak ugościła rowerzystów słońcem niemal przez cały czas podróży, podobnie gorące były Hiszpania i Portugalia. – Z kolei Szwajcaria wcale nie pozwoliła jechać – wspomina pan Henryk. Rzęsiste deszcze zmusiły ich do skorzystania z pociągu. – Deszcz był tak silny, że świata nie było widać, prawdziwe oberwanie chmury. Podtopione były autostrady, nie wspominając już o tych drogach, którymi my się poruszaliśmy. Przy okazji zdobyli jeszcze jedno państwo – Andorę. – Mówię zdobyliśmy, bo z poziomu morza wspinaliśmy się na wysokość 2050 m – opowiada W. Darkowski. Najtrudniejszy podjazd liczył 75 km. – Zaczął się łagodnie i pogodnie. Potem temperatura zaczęła spadać, pojawił się deszcz. Podjazd robił się coraz bardziej stromy, temperatura spadła do zera stopni i zaczął padać śnieg. Pocieszeniem dla nas były brawa kierowców, którzy mijali nas samochodami i motocyklami – opowiada pan Henryk. Obaj pielgrzymi nocowali w przypadkowych miejscach. – Nigdy nie byliśmy pewni, dokąd danego dnia uda nam się dojechać. Najczęściej pytaliśmy właścicieli domków, ogrodów, pól, czy możemy rozbić namioty i przenocować – mówi pan Henryk. – Prawie zawsze nam się udało uprosić dobrych ludzi. Ale kilka razy spaliśmy w namiocie obok cmentarza, w polu, obok stadionu, w lesie. Parę nocy spędziliśmy w domach, nie musieliśmy wówczas rozbijać namiotów. Gościli nas księża, karmelitanki, sadownicy. Spaliśmy też w domach pielgrzyma. To była taka krótka relacja z podróży dla ciała. A co dla ducha? – Podziw, podziw i jeszcze raz podziw dla dzieła stworzenia. Jadąc rowerem, gdy prędkości nie są za duże, można nacieszyć oko tym, co jest wokół – stwierdza jednoznacznie pan Wiesław. – Przepiękne krajobrazy, zapierające dech widoki. Trzeba było często się zatrzymywać, aby nasycić oczy. Podjazd do La Salette zajął prawie trzy godziny. W końcu jednak rowerzyści osiągnęli upragniony szczyt. Ale, jak mówią, było warto. – To, co zapamiętamy stamtąd, to wszechogarniająca cisza. Coś cudownego – mówi pan Henryk. Lourdes to kolejne miejsce na drodze pielgrzymki. – Coś nie pozwalało nam tam dojechać. Bardzo szybko dostrzegliśmy drogowskaz, którędy mamy jechać, ale jakoś nie mogliśmy. Co chwilę awaria roweru, to znów duże zmęczenie. A gdy już dojechaliśmy, to okazało się, że z rowerami nie wpuszczają – wspomina pan Henryk. – Pomyślałem sobie, że Mojżesz usłyszał: „Zdejmij sandały z nóg, bo to miejsce jest święte”. Gdy już znaleźliśmy nocleg i bezpieczne miejsce dla naszych rowerów, udaliśmy się do groty objawień – wspomina pan Wiesław. Ostatnie sanktuarium – Fatima, główny cel podróży. – Gdy wjechaliśmy na plac i usiedliśmy na murku, po twarzy popłynęły mi łzy – opowiada pan Wiesław. – To były chyba łzy szczęścia, że udało się dojechać. Ogrom ludzi, rozmodlonych ludzi. – Rany… Jak oni się modlą, całym sobą, widać radość na twarzy i trud codzienności – wspominają pielgrzymi. W zgodnej ocenie pątników Fatima to jest miejsce, gdzie człowiek dobrze się czuje. – W Fatimie byliśmy dwie pełne doby. Trudno było wyjechać, a gdy w końcu to zrobiliśmy, to po kilkunastu kilometrach musieliśmy wrócić, gdyż pomyliliśmy drogi – śmieje się pan Henryk. Rowerzyści codziennie uczestniczyli w Różańcu razem z kilkoma tysiącami ludzi. Modlili się również nad grobami tych, którzy rozmawiali z Maryją.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół