• facebook
  • rss
  • Misja drobnych rzeczy

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Gość Elbląski 15/2017

    dodane 16.04.2017 00:00

    Zamiast spędzać wakacje w domu przed komputerem lub leżeć bezczynnie na plaży, oni wolą ruszyć w świat i głosić Dobrą Nowinę.

    Przekonują, że docieranie z Ewangelią do ludzi na całym globie to domena nie tylko księży, zakonnic czy zakonników. Już od niemal pięciu lat w Elblągu prężnie działa Wolontariat Misyjny Salvator, ogólnopolskie stowarzyszenie osób młodych, które swój wolny czas przeznaczają na wyjazdy misyjne. Choć jest dopiero kwiecień, wielu z tych, którzy wyjadą w tym roku na misje, już finalizuje swoje przygotowania. Cały proces nie należy do najłatwiejszych, trwa rok i obejmuje zarówno sprawy techniczne, jak i kwestie duchowe. – Przygotowując się do wyjazdów, przez cały rok przechodzimy formację duchową – mówi Lidia Szaj, rzecznik prasowy WMS Region Elbląg. – Spotykamy się raz w miesiącu w parafii św. Brata Alberta i jest to czas przeznaczony nie tylko na modlitwę, ale też na wspólną herbatę i pogaduchy – dodaje z uśmiechem.

    Być dobrze przygotowanym

    – Na naszych spotkaniach regionalnych przez rok poruszamy zazwyczaj jeden temat przewodni – wyjaśnia Patrycja Gorgol. W tym roku jest to „Osiem błogosławieństw”. – Na każdym ze spotkań staramy się zgłębić jedno z nich – dodaje. Oprócz tego do formacji duchowej zaliczają się również stałe katechezy, konferencje oraz Msza Święta. Trzy razy w roku wolontariusze spotykają się także na zjazdach ogólnopolskich. – Tam mamy szansę poznać wolontariuszy z całego kraju, wspólnie modlimy się, ale także bierzemy udział w szkoleniach – mówi Lidia. Spotkania te mają już bardziej techniczny charakter. Tam uczestnicy dowiadują się, co konkretnie będą robić, do czego się przygotować i czego np. unikać. – Są też liczne warsztaty, m.in. animatorskie, muzyczne czy pokazujące, jak organizować czas dla podopiecznych – wylicza Patrycja. – Uczestniczymy również w szkoleniach medycznych, aby mieć jakieś podstawowe przygotowanie – dodaje Katarzyna Grabowska. Ostatecznie wyjazd na misje uzależniony jest więc od całorocznego przygotowania, opinii psychologa oraz osobistych predyspozycji. – Placówki misyjne, do których możemy wyjechać, rozrzucone są po całym świecie. Jednak warunkiem wyjazdu do krajów poza Starym Kontynentem jest odbycie misji w placówce europejskiej – wyjaśnia Lidia. – W grudniu otrzymujemy e-mail z rozpisanymi krajami i miejscowościami, do których możemy wyjechać, i wtedy należy podjąć decyzję – mówi Katarzyna. Elbląscy wolontariusze od kilku lat wyjeżdżają na misje europejskie. Byli już m.in. w Rumunii, Gruzji, na Węgrzech i na Ukrainie. W rumuńskiej Timişoarze była m.in. Patrycja. Głównym zadaniem przebywających tam WMS-owiczów było zorganizowanie czasu dla dzieci, pomoc w klasztorze prowadzonym przez siostry zakonne czy w jadłodajni dla bezdomnych. – Wyjeżdżając do Rumunii, trochę się bałam, zwłaszcza tych wszystkich stereotypów, które ciążą na tym kraju – przyznaje dziewczyna. – A na miejscu okazało się, że Rumunia to piękny kraj, a otwarci i pogodni ludzie chętnie się z nami integrowali.

    Chce się wracać

    Rumunia była również pierwszą misją Katarzyny. – W pierwszym tygodniu organizowaliśmy półkolonie dla dzieci z wiosek, z biedniejszych rodzin – wspomina. – I choć czasem może się nam wydawać, że jako misjonarze będziemy tam na miejscu działali cuda, to jednak nie o to tutaj chodzi. Pracujemy oczywiście z całych sił, ofiarujemy swój czas, umiejętności, talenty, pomagamy innym, ale często są to takie proste czynności. Nie chodzimy przecież z krzyżem od miejscowości do miejscowości i nie nawracamy. A przecież i przez te drobne rzeczy możemy zasiać jakieś dobro w kraju, w którym pracujemy. Kiedy sobie to uzmysłowiłam, byłam zachwycona całym wyjazdem. W Gruzji Katarzyna pracowała z osobami niepełnosprawnymi. – To był mój drugi wyjazd i byłam tam przez miesiąc – opowiada. – Jechałam z nieco innym nastawieniem, bo już wiedziałam, na czym moje misje polegają. Ponadto pracuję z niepełnosprawnymi na co dzień. Więc czułam się tam zdecydowanie pewniejsza. Łukasz Werbowy wspomina wyjazd do Galgahévíz na Węgrzech. – To były półkolonie językowe dla dzieci z małych miejscowości. Chodziło o to, aby pokazać im, że warto uczyć się języków obcych – wyjaśnia wolontariusz. Jak mówi, była to głównie nauka przez zabawę. – Najwięcej radości było przy poznawaniu części ciała, kiedy można było owinąć kolegę papierem toaletowym i naklejać na niego kartki z wypisanymi słowami. Wolontariusze zgodnie przyznają, że niemal u każdego pojawia się chęć powrotu do miejsca, w którym pracowali. Łukaszowi udało się być dwukrotnie w Galgahévíz. – Mając dwukrotne doświadczenie z tego samego miejsca, mogę powiedzieć, że żadna misja nie wygląda identycznie – stwierdza. Poznaje się nowych ludzi, a więc i nowe metody działania, dlatego niemal wszystko jest inne. – Dla mnie zaskoczeniem było to, że węgierskie dzieci nie chcą śpiewać, ale za to bardzo lubią tańczyć. Zupełnie inaczej niż w Polsce – uśmiecha się.

    Jeden katolik na całą wioskę

    Wiele zaskoczeń było również na Ukrainie. Choć salwatoriańska placówka leży zaledwie 60 kilometrów od Lwowa, tamtejsza rzeczywistość znacznie różni się od tej, której polska młodzież doświadcza u nas w kraju. – W tej miejscowości jest jedna cerkiew prawosławna i jeden kościół katolicki. Ale, co ciekawe, mieszka tam tylko jeden katolik... właśnie ksiądz salwatorianin – opowiada Łukasz. – Jednak na Msze ludzie przychodzą. Przyjeżdżają z leżącego w pobliżu miasteczka, ale przychodzą również miejscowi prawosławni – wolontariusz nie kryje, że go to zaskoczyło. Półkolonie prowadzone w tamtejszym regionie przez WMS były pierwszymi tego typu spotkaniami w historii. – Dla tych dzieci to był szok, że ktoś przyjechał do nich, specjalnie dla nich coś przygotował i chce im poświęcić swój czas – mówi Łukasz. Tłumaczy, że po części wynikało to z faktu, iż pracowali w placówce dla dziewcząt z trudnych rodzin. – Tylko dwoje dzieci z tych, którymi się zajmowaliśmy, było z pełnej rodziny. Pozostałe wychowywało jedno z rodziców. Dzięki wolontariatowi misyjnemu zmienia się także obraz Kościoła w miejscach, gdzie posługuje młodzież. – W tej części Ukrainy, gdzie byliśmy, Kościół katolicki jest dla miejscowych „polaczkowy”, co ma wydźwięk negatywny – wyjaśnia Łukasz Werbowy. – Po naszym pobycie myślę, że to się choć trochę zmieniło. Przyjechała nawet lokalna telewizja, żeby przeprowadzić z nami rozmowę. Staraliśmy się pokazać, że nasz Kościół jest otwarty na wszystkich, bez względu na to, czy są Polakami, Ukraińcami, katolikami, prawosławnymi czy niewierzącymi. Nie wszyscy członkowie wolontariatu decydują się na wyjazdy, część z nich pomaga w funkcjonowaniu WMS w Polsce. Do naszej wspólnoty należą nie tylko osoby z Elbląga, na spotkania przyjeżdżają także chętni z okolicznych miejscowości i z Gdańska. Młodzi sami dbają również o fundusze na wyjazdy. – W ostatnim czasie zorganizowaliśmy sprzedaż ozdób wielkanocnych. Co bardzo nas cieszy, nasz kiermasz miał duże powodzenie – wyjaśnia Katarzyna. WMS wciąż się rozwija i chętnych do wyjazdu na misje przybywa. – Każdy rodzaj wsparcia jest więc dla nas ważny i jeśli ktoś chciałby nam pomóc, to prosimy o kontakt – mówi Lidia Szaj. Najłatwiej można to uczynić, wysyłając e-mail pod adres: wms.elblag@gmail.com. Młodzi wolontariusze odeślą instrukcję postępowania. A kto może zaangażować się w WMS? – Każdy – odpowiadają zgodnie wolontariusze. – Wystarczy odrobina chęci, samozaparcia i cierpliwości. Tylko tyle – i ty też wkrótce będziesz dzielił się Panem Jezusem z ludźmi na drugim końcu świata – zachęca Katarzyna. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół