• facebook
  • rss
  • Prawo dżungli kontra prawo miłości

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Gość Elbląski 32/2017

    dodane 10.08.2017 00:00

    Najważniejsze to nie dać im czasu się znudzić.

    Wośrodku Caritas w Mikoszewie wypoczywa 90 dzieci z różnych części województwa pomorskiego oraz Warmii i Mazur (m.in. z Elbląga, Sztumu, Nowego Stawu, Rudzienic, Kwidzyna i Morąga, a także z Gdyni i Rumi). Podobnie duża, jak rozciągłość geograficzna, jest ta wiekowa.

    Najmłodsi koloniści mają 7 lat, najstarsi – nawet dwa razy tyle i więcej. Wychowawcy wolontariusze zastanawiają się, jak zorganizować wypoczynek tak zróżnicowanej grupie, aby był on owocny, a dzieci się nie nudziły. – Przede wszystkim nie wolno im dać czasu na to, aby się nudziły – wyjaśnia Marcin Baran, kierownik kolonii. Dzień jest więc wypełniony różnymi zajęciami już od świtu (pobudka jest o 6 rano). Prawie codziennie grupa wychodzi gdzieś poza ośrodek. – Byliśmy już m.in. na przeprawie promem, długiej wyprawie nad morze, wędrówce po lesie czy wycieczce, podczas której zwiedziliśmy Trójmiasto – wymienia pan Marcin. Nawet gdy dzieci przebywają w ośrodku, nie mają zbyt dużo niezorganizowanego czasu. Miały już m.in. ćwiczenia przeciwpożarowe, organizowały apel z okazji rocznicy powstania warszawskiego czy też konkurs „Mam talent” oraz dyskotekę połączoną z karaoke. W dniu, w którym je odwiedziliśmy, zajęcia organizowali im harcerze. Uśmiechnięci od ucha do ucha bliźniacy Jacek i Tomasz Raczyńscy zarażają energią dzieci tak, że w pobliskich domkach co chwila rozlegają się okrzyki radości. Głośne dźwięki i szalone ruchy nie są dla nikogo zaskoczeniem, ponieważ że hasło przewodnie tych kolonii brzmi: „Dzika przeprawa przez dżunglę”. Jednocześnie wszystkie wspólne zajęcia odbywają się w myśl zasady: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. – W każdym z nas drzemie coś dobrego. Ale niektóre dzieci nie wiedzą, jak to okazać. Czasem nawet nie zdają sobie sprawy, że warto to okazać. A my im pokazujemy tutaj, że warto. I tłumaczymy, że dobro: po pierwsze – nie jest głośne, po drugie – nie zawsze jest widoczne, i po trzecie – często nie jest, jak to się dziś mówi, na topie – mówi Anna Grzybowska, która prowadzi warsztaty psychologiczno-pedagogiczne. – Dla mnie te kolonie są wielką przygodą, bo właśnie tak traktuję każde spotkanie z dziećmi i młodzieżą – opowiada pani Anna. – Tu nie tylko ja mogę coś od siebie dać dzieciom, ale także sporo się od nich nauczyć. One uczą nas innego spojrzenia na świat. Dzieci potrzebują również kontaktu, rozmowy, serdeczności czy bliskości. – I od tego my tu też jesteśmy – zapewnia A. Grzybowska. – One po prostu potrzebują miłości – uważa Barbara Polakowska, pielęgniarka. – Lgną do każdego, kto okaże im zrozumienie i ja się bardzo dobrze w tej roli czuję. Nigdy nikogo nie wyróżniamy i zawsze odpowiadamy na ich potrzeby. Nawet jeśli zapukają do drzwi przed północą, nie pozwalamy, by odeszły z kwitkiem. Zasadą tych kolonii jest, że dzieci zwracają się do wychowawców „ciociu”, „wujku”. Jest jednak jeden wyjątek. – Kiedy przyszły do mnie i zapytały, czy możemy się do cioci zwracać „babciu”, od razu się zgodziłam – uśmiecha się pani Basia. Oczywiście dzieciom dokucza czasem tęsknota za domem. – Szczególnie tym najmłodszym – mówi Adrianna Kadziewicz, wychowawca grupy 7–9 lat. – Ale kiedy tylko zauważę, że któreś cicho popłakuje, wystarczy mu okazać zainteresowanie. Chwila rozmowy i już z powrotem bierze udział w zajęciach.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół