• facebook
  • rss
  • Szczęściarz ze Stutthofu

    dodane 21.09.2017 00:00

    – Miałem szczęście, zgodnie z moim imieniem, bo „felix” z łaciny znaczy szczęśliwy… Drwili z tego esesmani już w gestapo w Gdańsku, wysyłając mnie do obozu. Wbrew ich nadziejom przeżyłem – opowiada Felicjan Łada.

    Pan Felicjan, więzień KL Stutthof nr 18252, 18 września 2017 r. skończył 100 lat. Jest obecnie najstarszym żyjącym byłym więźniem obozu koncentracyjnego w Sztutowie. Ojciec Felicjana, Stanisław Łada, za działalność w PPS, został zesłany w latach 1904–1905 na Syberię. Po powrocie pracował jako główny elektryk w kopalniach Zagłębia Dąbrowskiego. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w końcu lat 20. XX w., cała rodzina przeniosła się na Wybrzeże do powstającego nowego wielkiego miasta – Gdyni.

    Ojciec podjął tam pracę w warsztatach portowych Marynarki Wojennej. Zafascynowany okrętownictwem Felicjan praktykował u ojca w pracy, snując marzenia o stoczniowej przyszłości w ukochanej Gdyni. Latem 1942 r. Stanisław Łada został aresztowany i po długotrwałym śledztwie wysłany do KL Stutthof. Ten sam los spotkał jego syna – gestapo zjawiło się po Felicjana 26 listopada 1942 roku. Zatrzymanie miało związek z rozpracowaniem struktur organizacji podziemnych na Wybrzeżu. Gestapo aresztowało wtedy kilkaset osób – większość z nich po kilku tygodniach trafiła do Stutthofu. Felicjan Łada przekroczył bramę obozu 20 stycznia 1943 r., otrzymując numer 18252 jako „Polizeihaftling” (więzień policyjny do dyspozycji gestapo). W kwietniu 1943 r., na skutek fatalnych warunków obozowych i niezaleczonych chorób jeszcze z okresu zesłania, Stanisław Łada zmarł w stutthowskim rewirze. Jedynym pocieszeniem Felicjana była prowadzona od tego czasu nielegalnie korespondencja z matką. Czesława Łada zrozpaczona po śmierci męża umierała ze strachu o swoich synów. Mimo ogromnego zagrożenia wysyłała grypsy do obozów, a nawet przyjechała do Stutthofu, by choć przez parę minut zobaczyć syna w czasie zorganizowanego tajnego widzenia. „Kochana Mamusiu! Widziałem, że chwila ta zrobiła na Tobie b. duże wrażenie, że kosztowało Cię to bardzo dużo sił i nerwów. Proszę Cię więc na wszystko, zaniechaj tego Mamusiu. Oszczędzaj swe siły, nerwy i zdrowie i nie narażaj się. Zobaczymy się i pozostaniemy już na zawsze wkrótce” – Felicjan pisał do matki. Od samego początku pobytu w obozie Felicjan działał w więźniarskim ruchu oporu, zarówno prowadzonym na słynnym polskim bloku nr 5, jak i w miejscu pracy. Felicjan stał się jednym z czołowych organizatorów utworzenia „tajnego planu zbrojnego” – zabezpieczania broni i amunicji na wypadek likwidacji obozu. – Stworzyliśmy plan sforsowania drutów, likwidacji strażników i podjęcia walki. Zdecydowaliśmy, że nie damy się darmo wykończyć – wspomina. Z miejsca pracy Felicjan obserwował tragiczne wydarzenia rozgrywające się w obozie. Był m.in. naocznym świadkiem przybywania do obozu transportów żydowskich i ich uśmiercania. Przywożeni więźniowie byli także regularnie okradani. – Wielu ese- smanów kradło: od komendanta do Kommandofuhrera. Kosztowności i cenne rzeczy ładowali do skrzyń i jako pocztę polową wysyłali do domów – mówi. Ewakuowany z obozu 25 stycznia 1945 r., po kilku dniach wyczerpującego marszu, wykorzystał okazję i uciekł z dwoma kolegami w Niestępowie na Kaszubach. Po wycieńczającej wędrówce i noclegach wśród zasp śnieżnych dotarł do ukochanej matki. Wiele miesięcy później powrócił do domu po ponad 5 latach niewoli jego brat. Felicjan za wszelką cenę chciał kontynuować naukę i pracować w stoczni. Wszak na jego barkach ciążyło utrzymanie rodziny. Pracował więc bardzo ciężko, ponad siły. Po pracy pędził na Politechnikę Gdańską, by zrealizować marzenie ojca – uzyskać tytuł inżyniera. Powrócił do pracy wcześniej niż zalecano, bał się o jej utratę. Wiele razy przesłuchiwany przez UB, nakłaniany do współpracy, nigdy nie wstąpił do partii. – Chcieli koniecznie, abym „zaczerwienił się”. Grożono, że oskarżą mnie o sabotowanie pracy – wyjaśnia. Z racji pochodzenia i działalności w ZWZ – AK przydzielane stanowiska zawodowe nie były nigdy w pełni adekwatne do jego wykształcenia i możliwości. Nie doczekał się nigdy uznania, choć opatentował wiele wynalazków stoczniowych. Dziś mówi o sobie: – Byłem wtedy czarną owcą, ale nigdy czerwoną. – Nie zeszmacić się, a pozostać sobą – to był mój cel w obozie. Być zawsze człowiekiem i w drugim też widzieć człowieka, nawet wtedy, gdy był to esesman... Jednego z nich, przyzwoitego, potem w sądzie po wojnie poratowałem, mówiąc prawdę – podsumowuje pan Felicjan.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół