• facebook
  • rss
  • Pomagali chyba wszyscy

    Łukasz Sianożęcki Łukasz Sianożęcki

    dodane 12.11.2017 13:00

    W kilka chwil stracili wszystko. Cały dobytek życia zabrały płomienie. - Może gdybym był wtedy w domu, uratowałbym coś więcej - zastanawia się Lech Urbankiewicz, ciężko przełykając ślinę. Jego żona Jolanta na wspomnienie dnia pożaru również spuszcza wzrok. - Nie będę ukrywać, że to był bardzo ciężki okres. W dni zaraz po czułam się jakbym żyła na innej planecie. Na szczęście Pan Bóg był z nami przez cały czas - mówi.

    Dom rodziny Urbankiewiczów spłonął w nocy z 28 na 29 września. Ta leżąca nad brzegiem Nogatu w Jazowej budowla z XIX wieku łączyła w sobie elementy gospody i domu mieszkalnego. Niezwykłe miejsce, nie bez powodu wpisane na listę zabytków. A dla pana Leszka to po prostu dom dzieciństwa, dom młodości... dom całego dotychczasowego życia.

    – Tata, podobnie jak większość mieszkańców, przyjechał tutaj tuż po wojnie. Dostał ten dom. W tym domu urodziłem się ja i moje rodzeństwo. W nim żyliśmy, aż do tego dnia... – opowiada krótko.

    – Co niektórych może dziwić, ale te dni i tygodnie po pożarze to był dla nas bardzo "Boży czas" – mówi Radek, syn państwa Urbankiewiczów.

    Jak wspomina, kilka dni przed pożarem uczestniczył w rekolekcjach. – W czasie tych rekolekcji dostałem pytanie: "Czy byłbyś w stanie oddać Bogu wszystko?". Wieczorem modliłem się, pytając, co jest moim Izaakiem, co jest dla mnie najcenniejsze. I chyba te pytania, ten weekend były łaską, bo nie wiem, jak bym to wszystko przeżył bez tych rekolekcji. Na początku może nie rozumiałem tego pytania. Dziś już bardziej jestem w stanie zrozumieć, o co w tych słowach prosił mnie Pan Bóg – opowiada.

     

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół