Nowy numer 39/2020 Archiwum

Bajka nieopowiedziana

– Gdyby w dzisiejszych czasach ktoś powiedział, że traktowani byli przez sowieckich żołnierzy jak zwierzęta, to byłoby to co najmniej nietaktowne. Nikt nie traktuje w ten sposób zwierząt – opowiada jedna z bohaterek spotkania.

Od kiedy tylko przybyliśmy do tajgi, mama bardzo chorowała na nerki – wspomina Alina Jarosz, która była wśród Polaków wywiezionych w 1940 r. przez Sowietów w głąb Rosji. – Choć starała się normalnie się nami opiekować, wiedzieliśmy, że bardzo cierpi. Pewnej nocy powiedziała do naszego 2-letniego braciszka: „Kochany synku, jutro opowiem ci wyjątkową bajkę. Bajkę o Polsce...”. Januszek już jednak tej bajki nie usłyszał, bo tej nocy mama odeszła – opowiada.

O tym, jak wielkich cierpień doświadczali nasi rodacy, których przymusowo przesiedlano przed 80 laty na nieludzką ziemię Syberii, można było posłuchać podczas spotkania, które odbyło się 25 lutego w Bibliotece Publicznej w Pasłęku. Organizatorzy wydarzenia „Wspomnienia wywiezionych na Sybir” podkreślali, że takie spotkanie to najprawdopodobniej już jedna z ostatnich okazji, aby spotkać naocznych świadków tamtych wydarzeń. Członkowie Koła Sybiraków w Pasłęku opowiadali o losach swoich i swoich bliskich sprzed 80 lat.

Wagony dla „wrogów narodu”

To właśnie w lutym 1940 r. władze sowieckiej Rosji rozpoczęły akcję masowych wywózek z terenów Polski ludności, którą określano jako nastawioną antysowiecko. – Ich podstawową „winą” było to, że ktoś w Moskwie określił ich mianem „polskich kolonistów” – mówił na wstępie spotkania Piotr Adamczyk, dyrektor pasłęckiej książnicy. – Mój tata już od pierwszego dnia wkroczenia Armii Czerwonej do Polski był naznaczony piętnem „wroga narodu” – opowiadała Weronika Mazur, jedna z uczestniczek spotkania. Jej ojciec trafił na Sybir dwukrotnie – już właśnie w 1940 r. oraz później, po wojnie, kiedy wrócił na Wileńszczyznę, by odnaleźć swoją żonę. Pani Weronika wspominała, jak przeszedł cały szlak bojowy z armią Andersa i walczył pod Monte Cassino. – Czy ktoś, kto tyle przeszedł dla swojej ojczyzny, zasłużył na to, aby nazywać go wrogiem narodu? – pytała retorycznie.

Dwa lata w jednym mundurze

Transportowani w bydlęcych wagonach, często po kilkadziesiąt osób w jednym, bez jedzenia czy wody, musieli w takich warunkach przeżyć kilka tygodni. W czasie transportu wielu deportowanych umierało więc z wyczerpania, głodu i zimna. Dwukrotne przeżycie tego musiało być więc czymś niewyobrażalnym. Kiedy wyruszali, panowały ok. 30-, 40-stopniowe mrozy. – A im dłużej jechali, tym było zimniej, trudniej i gorzej. Nie było dnia, aby ktoś nie umarł – wspomina pani Weronika.

– Gdyby w dzisiejszych czasach ktoś powiedział, że traktowani byli przez sowieckich żołnierzy jak zwierzęta, to byłoby to co najmniej nietaktowne. Nikt nie traktuje w ten sposób zwierząt – dodaje. Jej ojciec przeżył dwa lata w jednym mundurze. Pracował w nim, chodził, spał. – Czy wyobrażają sobie państwo nie myć się praktycznie przez dwa lata? – pytała zgromadzonych. Na takie „szczególne” traktowanie zasługiwali zwłaszcza żołnierze Armii Krajowej.

– Moja rodzina pochodzi z Wileńszczyzny, gdzie w tamtym czasie AK było szczególnie aktywne – opowiadał Włodzimierz Wojczys. Niemal na każde wspomnienie losów, jakie stały się udziałem jego ojca przez Sowietów, łamie mu się głos. Opowiada o tym, jak niekarmieni przez dwa tygodnie więźniowie w drodze na Kołymę zostali zamknięci pod pokładem z beczką solonych śledzi. – Oczywiście natychmiast zjedli te śledzie. Nie dostali jednak nic do popicia. To, co działo się potem, jest niewyobrażalne. Ludzie wyrywali sobie włosy z głowy, krzyczeli w niebogłosy, odchodzili od zmysłów – opisuje. Kiedy docierali na miejsce, ich los wcale się nie poprawiał. Wysyłani do bardzo ciężkich prac przy wyrębie lasu, układaniu torów czy w kopalniach, szybko tracili siły.

– W pewnym momencie mój ojciec ważył 37 kilo, trafił wtedy do szpitala. Tam stwierdzono „stan beznadziejny” i wrzucono go do tzw. trupiarni. Spędził tam jedną noc, ale na szczęście znalazł się w tym szpitalu ktoś przytomny, kto stwierdził, że ojciec jeszcze żyje, i jakoś go odratowano – mówi pan Włodzimierz. Wywózki w kolejnych turach także nie należały do łatwych. Alina Jarosz z całą rodziną została wywieziona latem 1940 roku.

– W czasie takich upałów zawsze brakowało nam wody. A co ciekawe, gdy zatrzymywaliśmy się na stacjach, studnia zawsze była po drugiej stronie wagonu niż ta, po której Sowieci otwierali drzwi – mówi. – Jako dzieci biegaliśmy pod tymi wagonami, aby napełnić bańki wodą. Ale na jednej ze stacji nie zdążyliśmy wrócić i nasz transport odjechał. Płakaliśmy strasznie. Tak samo nasi rodzice. Mieliśmy jednak dużo szczęścia, że ktoś na tej stacji się nad nami zlitował i dowiózł do rodziców – opowiada.

Głód – towarzysz każdego dnia

Choć uczestnicy późniejszych transportów często mogli liczyć na łagodniejsze traktowanie, ich życie na nieludzkiej ziemi zawsze miało jeden wspólny mianownik.

– Ojciec powtarzał, że muszę się uczyć, bez względu na to, w jakim języku, rosyjskim czy niemieckim, więc chodziłam do szkoły w sąsiedniej wiosce. Ale jednak większość czasu upływała nam na zabieganiu o jedzenie – mówi A. Jarosz. O ile miesiące letnie były w tej materii znośne, o tyle zimy na zawsze pozostaną w pamięci zesłańców. – Wtedy zawsze przychodziły mrozy. Okropne mrozy, takie, że ściany wewnątrz naszych chat pokrywał lód. Mój kilkuletni braciszek zeskrobywał sobie ten lód ze ścian i zjadał go – dodaje. – Aby choć trochę mnie uspokoić, kiedy nie mogłem zasnąć z głodu, mama dawała mi do ssania kawałek chleba zawinięty w jakąś szmatkę. Tak, by w jakiś sposób oszukać spragniony żołądek – wspomina z kolei W. Wojczys.

Mimo tak tragicznych warunków nie tracili nadziei. Nigdy też nie zapomnieli o ojczyźnie. Kiedy tylko nadarzała się okazja, wysyłali prośby do władz o możliwość powrotu do Polski. Nie wszyscy jednak dostąpili tego szczęścia. – Pamiętam, że kiedy wyruszyliśmy samochodem w drogę powrotną, ojciec pokazał mi przy drodze mnóstwo ludzkich kości. Specjalnie mnie to nie dziwiło, bo wtedy można było takie kości spotkać wszędzie. Ale kiedy ojciec opowiedział mi, że to byli ludzie, którzy zmarli w trakcie budowy tej drogi, i on mógł też tu leżeć, zrobiło mi się naprawdę źle – opowiada pan Włodzimierz.

Trzeba pamiętać

Pani Weronika zna tamte realia jedynie z opowiadań rodziców. – Ja się tam urodziłam, więc jestem sybiraczką. Choć nie doświadczyłam tego trudu na własnej skórze, to pamiętam każdą opowieść mamy i taty – mówi. – Dla mnie jako dziecka szczególnie trudne były zawsze Wigilie Bożego Narodzenia. Ja dostawałam wtedy wprawdzie jakiś podarunek, ale pamiętam bardziej to, że rodzice siadali wtedy, wspominali i bardzo płakali. Jak przypominała pani Mazur, takie spotkania jak to w pasłęckiej bibliotece mają służyć także temu, aby jeszcze raz walczyć o prawdę historyczną.

– Bo znów wielu ludzi próbuje zakłamywać tę historię. Kiedy czyni to Władimir Putin, to wcale nas nie dziwi, ale kiedy politycy w Polsce powtarzają, że Polacy zesłani na Sybir mieli tam wczasy, to w nas się zwyczajnie krew gotuje – podkreślała. W masowych wywózkach ludności na Syberię, do Kazachstanu i na Daleki Wschód wywieziono prawie 320 tys. osób (w pierwszej wywózce ok. 140 tys.). Według szacunków władz RP na emigracji w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około miliona osób cywilnych. Akcje te organizowane m.in. przez NKWD trwały aż do czerwca 1941 roku. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama