Nowy numer 39/2020 Archiwum

Przecieramy nasze Camino

Choć nie ma na nim tłumu pątników, jest szlakiem niepowtarzalnym.

Pomorski Szlak św. Jakuba nie należy ani do najbardziej znanych, ani też do najstarszych dróg prowadzących do grobu apostoła Jakuba w Santiago de Compostela. Można powiedzieć, że jest dopiero przecierany przez nielicznych pątników. Jedną z takich osób, która przemierzyła niemal całość tego odcinka, wyruszając z Braniewa i docierając do Rostocku, jest Ewa Chmielewska-Tomczak. O swoim wędrowaniu opowiedziała 11 marca podczas spotkania Elbląskiego Klubu Przyjaciół Pomorskiej Drogi Świętego Jakuba.

Najtrudniej się zebrać

– Kiedy pierwszy raz usłyszałam o Drodze św. Jakuba, był 2010 rok. Wtedy pomyślałam, że może kiedyś, w odległej przyszłości, na emeryturze pojadę sobie do Francji czy Hiszpanii i pójdę jedną z tych dróg. Nie spodziewałam się, że nastąpi to dużo szybciej – opowiada E. Chmielewska-Tomczak.

Jak mówi, do szybszego wyruszenia na ten wyjątkowy szlak skłoniło ją lepsze poznanie jego historii. – Kiedy dowiedziałam się, że Camino nie trzeba przechodzić „na jeden raz”, a potem usłyszałam, że w naszych okolicach też jest ta droga, długo nie czekałam i postanowiłam, że muszę pokonać ją całą – dodaje. – Samo podjęcie decyzji jednak nie wystarczyło. Najtrudniej było się zebrać, żeby wyruszyć z domu. Mnie zajęło to rok – wspomina. I tak w 2017 r. wyruszyła z bazyliki pw. św. Katarzyny i sanktuarium Świętego Krzyża w Braniewie. – I to była wyjątkowa decyzja. Choć bardzo rzadko wszystko szło jak z płatka, a na opowiedzenie wszystkich moich historii zgubienia drogi nie starczyłoby dnia, to jednak cieszę się, że w końcu wyruszyłam – uśmiecha się pani Ewa.

Czujnym być

Wędrowanie po Camino to nie tylko wyczerpujący fizycznie marsz, to również konieczność zachowania stałej czujności, częstego sięgania po mapę i nieustannego wypatrywania charakterystycznych żółtych muszelek. – A jeśli się idzie po raz pierwszy, jest to szczególnie trudne. Dlatego też, że niektóre z oznaczeń są wytarte, a jeszcze inne z nich skryły rosnące szybko krzewy. Kiedy umieszczano jakąś muszelkę na drzewie czy słupie kilka lat temu, mogło ich tam wtedy w ogóle nie być. Muszelka była doskonale widoczna. Dziś rośliny wybujały i utrudniają życie pielgrzymom – opowiada pątniczka. – Kiedy zdarzy się nam ją przegapić na prostej – to pół biedy, gorzej gdy taka niewidoczna muszelka sygnalizuje skręt, wtedy może być trudniej – dodaje.

Pomorska Droga to wciąż kształtujący się szlak. Nawet nie wszyscy mieszkańcy zdają sobie sprawę z tego, że ich miejscowości znajdują się na tym trakcie. Ci, którzy jednak wiedzą, przyjmują pielgrzymów z radością, serdecznością i otwartością. – Pewnego razu w jednej z wiosek pani ugościła nas tak bogato, że zasiedziałyśmy się u niej i na nocleg dotarłyśmy już późno po zmierzchu – opowiada o etapie, który przemierzała wraz z jeszcze jedną pątniczką. Spowolnić nasz marsz mogą także zabytkowe lub bardzo urokliwe świątynie, które co pewien czas przyciągają wzrok i kroki wędrującego.

– Jednak w ciągu dnia, kiedy przewodnik podpowiada, by zatrzymać się w jakimś kościele, niestety nie można wejść do jego wnętrza. Obecnie w dużej części jest to więc „szlak zamkniętych kościołów” – uśmiecha się pani Ewa. Zupełnie odwrotnie jest w Niemczech, gdzie niemal każda ze świątyń stoi przed pielgrzymami otworem. – Z tym, że są to głównie kościoły ewangelickie, więc trafienie na katolicką Mszę św. jest naprawdę dużym wyzwaniem – opowiada.

Uwaga... miny?

Samego wkroczenia na niemiecką część Camino E.Chmielewska-Tomczak nie wspomina zbyt przyjemnie. Po przejściu niewielkiego mostku, przy którym znajdowały się tablice graniczne, uśmiechnęła się w duchu i pomyślała: „O jak dobrze, że jest Schengen”. Kiedy zeszła z ubitego traktu na leśną ścieżkę, dobre wrażenie minęło.

– Tuż za żółtą muszelką na jednym z drzew pojawiła się tablica z wielką białą czaszką, a pod nią napis: „Uwaga, miny!” – mówi. – Spanikowałam. Chciałam od razu zawracać. Ale w przewodniku była to jedyna droga – opowiada. Po chwili jednak zobaczyła, że tej drodze są świeże ślady samochodu, a wcześniej widziała wjeżdżających na nią rowerzystów. – Pomyślałam, że w takim razie musi być ona uczęszczana, a wspomniane miny leżą gdzieś głęboko w lesie, do którego nie miałam zamiaru wchodzić. Zaryzykowałam więc i z duszą na ramieniu pokonałam ten odcinek – wspomina.

Droga bardziej samotna

Po polskiej części jakubowego szlaku pani Ewa podróżowała w mniej lub bardziej licznym towarzystwie. Niemiecka odnoga, którą pokonywała „na raz”, była drogą zdecydowanie bardziej samotną. – Są to szlaki oznaczone bardzo różnie. Niektóre lepiej, inne zdecydowanie słabiej. Ale niemal wszystkie są wyludnione. Przez osiem dni wędrówki spotkałam zaledwie trzech pielgrzymów – mówi. To, co jednak łączy naszą ojczystą część i tę za zachodnią granicą, to fakt, że ludzie, którzy wiedzą, że mają do czynienia z caminowiczem, są zawsze bardzo uprzejmi.

– Przyjmowano mnie na noclegi w różnych miejscach i różnych warunkach, ale osoby, które mnie gościły, zawsze starały się zrobić wszystko, aby mi było jak najlepiej – zwraca uwagę. Choć Pomorska Droga św. Jakuba dopiero się kształtuje, nie jest tak bogata w infrastrukturę, miejscami nie najlepiej oznaczona, to z całą pewnością jest niepowtarzalna. – Widoki jakich doświadczymy na tej trasie nie możemy porównywać z żadną inną. Ich zróżnicowanie i uroda sprawiają, że na „naszym” Camino nigdy nie jest monotonnie – podsumowała prelegentka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama