Radośni Boży szaleńcy

Łukasz Sianożęcki

|

Gość Elbląski 23/2015

publikacja 03.06.2015 00:00

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem franciszkanów, od razu wiedziałem, że to coś dla mnie – mówi o. Grzegorz Pikoś OFM, przełożony elbląskich franciszkanów.

Od lewej, br. Łukasz Waszkielis OFM, o. Wiesław Przybysz OFM, o. Grzegorz Piśko OFM, o. Bartłomiej Markiewicz OFM, o. Ferdynand Zwolak OFM Od lewej, br. Łukasz Waszkielis OFM, o. Wiesław Przybysz OFM, o. Grzegorz Piśko OFM, o. Bartłomiej Markiewicz OFM, o. Ferdynand Zwolak OFM
zdjęcia Łukasz Sianożęcki /FotoGość

Gdy o. Grzegorz był jeszcze młodym chłopakiem, uczestniczył w odpuście w Kalwarii Pacławskiej, w południowo-wschodniej Polsce w okolicach Przemyśla. – Tam po raz pierwszy zobaczyłem franciszkanów, młodych i starszych, szalejących, śmiejących się, bawiących się z młodzieżą i dorosłymi. I wtedy zaświtało mi w głowie: To jest coś dla mnie! – opowiada o. Grzegorz.

Obraz radosnego franciszkanina nie jest wcale przesadzony. – Ślub ubóstwa, który składamy, obok ślubów czystości i posłuszeństwa, daje człowiekowi wolność. A właśnie bogactwo materialne jest często przeszkodą do tego, aby człowiek mógł być radosny – mówi o. Grzegorz. Jego współbracia wyjaśniają, że każdy z nich posiada tylko te rzeczy, które są mu potrzebne do pracy. To, co ich otacza, wspomaga lub służy rekreacji – jest wspólne. – A w naszym zakonie jest ta radość. Ale oczywiście przychodzą też chwile trudne, bo życie wspólne niesie ze sobą różne krzyże – przyznaje przełożony elbląskich franciszkanów. – Każdy z nas ma przecież swoje wady i nieraz musimy się z tym mierzyć. Ale właśnie dzięki temu, że jesteśmy we wspólnocie, dużo łatwiej sobie z tym poradzić – wyjaśnia. Życie zakonników koncentruje się na prowadzeniu parafii oraz życiu klasztornym, co oznacza wspólne modlitwy, liturgię czytań i Msze święte. – Ponadto każdy z braci opiekuje się przydzielonymi grupami duszpasterskimi, często głosimy rekolekcje np. u sióstr zakonnych, jeździmy na misje. Nie powiem, że narzekamy na brak pracy, bo czasami rzeczywiście jest tego bardzo dużo – opowiada o. Grzegorz, który jest również proboszczem parafii. To jednak nie koniec obowiązków elbląskich franciszkanów. Bra- cia nie chwalą się, ale kontynuują w Elblągu dzieło legendarnego zielarza o. Andrzeja Klimuszki. – Nadal hodujemy te same zioła, które hodował o. Klimuszko. I stosujemy te same przepisy – mówi brat Łukasz Waszkielis. – Ojca Klimuszkę znałem osobiście – wspomina ojciec senior Ferdynand Zwolak OFM. – A nalewka z bursztynu według jego przepisu pomaga mi na niemal wszystkie dolegliwości – mówi z uśmiechem. Choć stale uśmiechnięci, bracia są również nieco tajemniczy. To ma związek z zakonną regułą. – Naukowcy zakonni ze wszystkich trzech gałęzi naszej wspólnoty wciąż nieustannie debatują nad charyzmatem naszego zakonu. Ja określiłbym go tak: Pójście za św. Franciszkiem, aby naśladować Chrystusa w ubóstwie i pokorze – tłumaczy ojciec gwardian. – Dla mnie nasz charyzmat wiąże się z nieustannym nawróceniem. Oznacza to także stałą pracę nad sobą. I oczywiście ciągłe głoszenie hasła św. Franciszka, czyli „Pokój i Dobro” – mówi brat Łukasz. Początek Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych jest związany z osobą św. Franciszka z Asyżu i jego działalnością na przełomie XII i XIII wieku. Obecność zakonu na ziemiach polskich wynika z faktu, że współbracia św. Franciszka przekroczyli Alpy i wyruszyli na północ. Na ziemie elbląskie bracia przybyli tuż po II wojnie światowej, w roku 1945. Początkowo zakon istniał przy kościele św. Wojciecha, dziś zaś elbląscy franciszkanie rezydują przy dawnym protestanckim kościele św. Pawła.

Musimy iść do ludzi

O. Grzegorz Piśko OFM, gwardian klasztoru – Wielkim zadaniem dla naszego zakonu jest fakt, że obecny papież przyjął imię Franciszek. Aby to zrozumieć, musimy się cofnąć do sytuacji Kościoła w średniowieczu. Był to kościół zamknięty. Biskupi i kardynałowie zajmowali się bardziej władzą świecką niż tym, do czego są powołani. W tej rzeczywistości pojawia się św. Franciszek, który wychodzi do ludzi, głosi ascezę i ubóstwo. I właśnie przyjmując imię Franciszek, ojciec święty chce nawiązać do tego „wyjścia”. Doskonale widzimy, że kościół w Europie Zachodniej się kurczy, dlatego coraz częściej musimy wychodzić poza jego struktury i „iść do ludzi”. I tu jest właśnie to wielkie wyzwanie, jakie stoi przed naszym zakonem, który do tego został powołany.