Jak francuscy komandosi

oprac. łs

|

Gość Elbląski 37/2019

publikacja 12.09.2019 00:00

Na takiej drodze trudów nie brakuje. Najważniejsze, że pątników nie opuszcza poczucie humoru i pozytywne nastawienie.

▲	„Amazońska dżungla” w środku Ziemi Świętej? To też możliwe... ▲ „Amazońska dżungla” w środku Ziemi Świętej? To też możliwe...
Zdjęcia ks. Grzegorz Puchalski

Droga przez Ziemię Świętą to nie lada wyzwanie. Od nieustających upałów, do których nie sposób przywyknąć, poprzez ciągłe pragnienie, aż po atakujące znienacka owady. Przekonują się o tym kapłani z naszego regionu, którzy przemierzają te tereny w drodze do Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Księża Grzegorz Puchalski, Andrzej Preuss i Piotr Dernowski wyruszyli 27 sierpnia z miasta u wybrzeży Izraela i pokonują zaplanowaną wcześniej trasę, choć nie bez przeszkód...

Temperatury, które panują o tej porze na Bliskim Wschodzie, przerosły ich najśmielsze oczekiwania. – Nie spodziewaliśmy się, że w tym okresie panuje aż taki upał. Bliski Wschód to jednak nie to samo, co nawet południe Włoch, które przemierzaliśmy rok temu. Upał jest tutaj większy i bardziej osłabiający niż ten europejski – uważa ks. Grzegorz. Czwartego dnia wędrówki, kiedy dotarli na Górę Błogosławieństw, na jej szczycie było ok. 40 stopni Celsjusza. Przez to pielgrzymi musieli skorzystać z podwózki.

– Gdy wysiedliśmy z samochodu, mieliśmy wrażenie, jakbyśmy stali przy rozgrzanym, otwartym piekarniku z włączonym termoobiegiem – śmieje się ks. Grzegorz. Pielgrzymi zauważyli, że przy takim upale i dość niskiej wilgotności powietrza nawet nie czuje się, jak woda odparowuje z człowieka. Upały mają jednak także swoje dobre strony. Miejsca, które zazwyczaj są zatłoczone przez pielgrzymów i turystów, w takie dni jak ten świecą pustkami. – Górę Błogosławieństw mieliśmy praktycznie na wyłączność. Byliśmy w kościele Rozmnożenia Chleba i kościele Prymatu św. Piotra. Mieliśmy te sanktuaria tylko dla siebie. To jest dla nas wielka radość, że możemy być tutaj i chwalić Pana Boga w ciszy tego miejsca – mówi ks. Puchalski. Pomimo doskwierającego żaru pątnicy starają się przebyć jak najwięcej drogi na własnych nogach. Wyruszają więc w trasę jak najwcześniej, aby uniknąć palącego słońca. Tak też było szóstego dnia wędrówki.

– Wtedy Pan Bóg sprawił kolejny cud. A polegał on na tym, że zdecydowana większość drogi wiodła przy samym brzegu Jeziora Galilejskiego, z dala od ulicy, w zaroślach, trzcinach, pod drzewami, krzakami, chwastami, krzewami, kwiatami, badylami, wszystkim, co rzucało cień – wspomina ks. Andrzej. Pielgrzymi podkreślają, że wreszcie poczuli radość z pieszej wędrówki. – Czasem droga przypominała trzcinowisko, czasem znów amazońską dżunglę. Szło się kapitalnie. Ale i przygód nie mogło zabraknąć – dodaje ks. Preuss. Byli mniej więcej w trzech czwartych drogi, gdy usłyszeli wrzask. – To był prowadzący naszą grupę Piotr. Nagle ja też coś poczułem i wrzasnąłem z całych sił. A potem jak echo krzyknął Grzegorz – opowiada.

– Napadło nas stado rozwścieczonych, żądnych krwi niewinnej – znaczy naszej – zajadłych, morderczych, sfrustrowanych, dzikich i bandyckich owadów! Te paskudne potwory, o jadzie piekącym jak rozgrzane żelazo, miały nadzieję, że my po tym haniebnym, bezpodstawnym i niesprowokowanym ataku odejdziemy z tego miejsca... Ale my nie odeszliśmy stamtąd... o nie. My... zwiewaliśmy stamtąd jak prawdziwi komandosi francuscy! – śmieje się ks. Andrzej. Z bąblami na całym ciele i lekko nadszarpniętą dumą i honorem pątnicy dotarli do Tyberiady. Tam odpoczęli i odprawili Mszę św. w kościele św. Piotra. A nagrodą za przeżyte przygody była kąpiel w jeziorze Genezaret.