Nowy numer 42/2018 Archiwum

Ile mogłem, tyle zrobiłem

Ludzie. Trenował w Nepalu przed europejskim sezonem paralotniowym. – Gdy w kwietniu doszło tam do trzęsienia ziemi, od razu wiedziałem, że muszę pomóc poszkodowanym – zwierza się Paweł Chrząszcz w rozmowie z Agatą Bruchwald.

Agata Bruchwald: Co Pan zobaczył na terenach, gdzie doszło do wstrząsów?

Paweł Chrząszcz: Okropny widok. Niesamowite zniszczenia, które chyba już nigdy nie zostaną naprawione. Wbrew pozorom duże miasta, takie jak Katmandu czy Pokara, nie zostały mocno dotknięte przez kataklizm. Skala tragedii widoczna była dopiero we wsiach, w terenach górskich. Jedynie niewielka część budynków nie rozpadła się, jednak i one nie nadają się do zamieszkania. Żyją tam najbiedniejsi ludzie. Dla mnie były to najpiękniejsze budynki, jakie mogliśmy odnaleźć w nepalskiej architekturze. Piękne, kamienne, górskie, choć biedne domy.

Długo zastanawiał się Pan, czy jechać w te rejony?

Nie. Gdy tylko dowiedziałem się o trzęsieniu ziemi, poczułem, że muszę pomóc tym ludziom.

Jak to wyglądało?

Początkowo wymiana informacji była znikoma. Nikt nie wiedział, gdzie i jakiej pomocy potrzebują poszkodowani. Nie było wiadomo, w jaki sposób można do nich dotrzeć. Pierwsze, co zrobiłem, to udałem się do miasteczka w pobliżu epicentrum i pytałem, gdzie jest potrzebna pomoc. Następnie musiałem znaleźć bezpieczną drogę, którą można było dotrzeć do tych ludzi. Na trasie było wiele skalnych osuwisk, drogi były niebezpieczne. Zdobyłem niezbędne informacje i wraz z grupą wolontariuszy, paralotniarzy oraz lekarzy z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Australii, ruszyliśmy do wiosek. Nieopodal osad, w najdogodniejszym miejscu, zrobiliśmy magazyn. Istnieje do dziś – tam składowaliśmy żywność, koce, sprzęt medyczny.

Jak osoby dotknięte tak ogromnym kataklizmem reagują na ratowników, którzy przybywają im z pomocą?

Trzeba zacząć od tego, że miejscowi odróżniają osoby niosące pomoc od tych, które z ich tragedii chcą zrobić np. dobry materiał reporterski, na ich nieszczęściu zdobyć popularność. Jeśli do poszkodowanych idzie się z pomocą, a nie z aparatem fotograficznym, są przyjaźni, otwarci. Czekają na nas, bo sami w takich sytuacjach są niestety bezradni. W nepalskich wioskach spotkałem proste, niewykształcone osoby. Wiele z nich nigdy nawet nie było w jakimkolwiek mieście. Nie były w stanie się z nami komunikować w żadnym języku, a mimo to podchodziły i na migi prosiły, byśmy zjedli z nimi obiad. Osoby, które straciły wszystko, co miały, w podziękowaniu za to, że im pomagamy, zapraszały nas na wspólny posiłek. To niesamowite! Największą życzliwością obdarzyli nas ludzie mieszkający w miejscach, gdzie wcześniej nie docierali turyści.

A jak reagują dzieci?

Bardzo cieszą się z takich wizyt. Są zadowolone, kiedy poczęstujesz je słodyczami, pobawisz się z nimi. Nie mówiąc już o zrobieniu im zdjęcia telefonem komórkowym i pokazaniu go. Dzięki takim chwilom, mimo tragedii, z jaką muszą się zmierzyć, choć przez chwilę czują się szczęśliwe.

W jakiej mierze przekazy medialne oddają skalę tragedii?

Media nie wiedzą, co się stało w Nepalu! Niewielu dziennikarzy dotarło tam, gdzie my byliśmy, jak również do miejsc, które podobnie ucierpiały. Media były w Katmandu. Niewiele ekip telewizyjnych ruszało się poza stolicę Nepalu. Oni mają jedynie pojęcie, co wydarzyło się w mieście. Wybrano kilka budynków, które najbardziej ucierpiały i wokół nich zrobiono mnóstwo materiałów. To jest bardzo płytki przekaz. W Katmandu zniszczeniu uległy przede wszystkim stare, ale piękne świątynie. Ucierpiał niewielki procent spośród 2 milionów mieszkańców miasta. Bardziej poszkodowani byli mieszkańcy górskich wiosek.

Planuje Pan wrócić do Nepalu?

Oczywiście. Po kataklizmie postanowiłem pomóc poszkodowanym. Ile mogłem, tyle zrobiłem. Potem wróciłem do Polski. W Nepalu trenuję przed sezonem europejskim. Kocham paralotniarstwo. Uwielbiam swobodę, niezależność, naturę. Latam bez silnika. Dzięki temu mam bezpośredni kontakt z pogodą, chmurami. Paralotniarstwo to wielka przygoda, jaką mogę przeżyć. Latanie to największą swoboda, jakiej człowiek może doświadczyć. Dla mnie jest to spotęgowane wspinaniem się po górach. Obecnie w Nepalu jest pora monsunowa, codziennie pada deszcz. Burze i wilgoć nie sprzyjają paralotniarstwu. Do Nepalu chciałbym wrócić we wrześniu, może w listopadzie, czyli po skończeniu europejskiego sezonu paralotniarskiego.

Paweł Chrząszcz

Pochodzi z Kwidzyna. Ukończył geografię ze specjalizacją meteorologia na UMK w Toruniu. Zajmuje się paralotniarstwem. Jest zwycięzcą Polskiej Ligi Paralotniowej. W tym roku w Nepalu wykonał największe przeloty paralotniowe. Zwyciężył w zawodach, pokonując 150 pilotów. Wierzy, że największe sukcesy jeszcze przed nim.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy