Nowy numer 50/2018 Archiwum

Apostołka dobra

– Myślę o niej ze szczególną miłością. Mam nadzieję, że patrzy teraz z nieba na mnie i wspiera w kroczeniu drogą świętości – tak Katarzyna Grabowska, wolontariuszka z Elbląga, wspomina Helenę Kmieć.

24stycznia minął rok od śmierci wolontariuszki z Libiąża w woj. małopolskim. 26-letnia Helena została zamordowana w Boliwii 24 stycznia 2017 roku. Tę niezwykłą dziewczynę mieli okazję poznać także członkowie elbląskiego Wolontariatu Misyjnego Salvator.

– Pierwszego naszego spotkania nie pamiętam dokładnie. Pewnie było to kilka lat temu na jakimś spotkaniu ogólnopolskim WMS. Helenka była dosyć charakterystyczną osobą, bardzo zaangażowaną w zespół muzyczny WMS i przez to bardzo widoczną na każdym spotkaniu – opowiada Katarzyna Grabowska. – W wolontariacie działam od końca 2012 roku, w lutym 2013 uczestniczyłem pierwszy raz w ogólnopolskim spotkaniu wolontariatu. Wtedy poznałem Helenkę – wspomina Łukasz Werbowy, kolejny z członków elbląskiego WMS. Jak dodaje Łukasz, Helenka od zawsze była w wolontariacie muzyczną, tzn. dbała o śpiew i muzykę w czasie spotkań. – Jako że byłem na tym spotkaniu z Dawidem, kolegą ze szkolnej ławki, który również grał na gitarze, niemal od razu weszliśmy do jej grupy muzycznej – opowiada. – A śpiewała i grała naprawdę pięknie – dodaje Kasia. Łukasz mówi, że na początku scharakteryzował Helenkę jako osobę, która nie tylko jest utalentowana muzycznie, ale przede wszystkim jest bardzo otwarta na ludzi. – Zaraz też przekonaliśmy się, że ma świetne, specyficzne poczucie humoru. W pamięci został mi taki obraz, jak opowiadamy sobie żarty z gatunku czarnego humoru. Helenka bardzo lubiła się śmiać – mówi. Jak mówią elbląscy wolontariusze, Helena potrafiła ogarnąć wiele rzeczy związanych z działalnością WMS-u. – Był taki okres, w którym oboje byliśmy liderami różnych regionów, więc komunikowaliśmy się, aby wymieniać się pomysłami – opowiada Ł. Werbowy. – Zaangażowanie to cecha, która od początku bardzo mi do niej pasowała. Nie pamiętam, czy była wtedy odpowiedzialna za prowadzenie tego zespołu muzycznego, ale uczestniczyła w nim z pasją i dało się odczuć, że robi to całą sobą – dodaje K. Grabowska. Drogi Helenki i Kasi związały się bardziej podczas wyjazdów misyjnych. – Wyjeżdżałam wtedy do Rumunii. A co ciekawe, początkowo Helenka nie była z nami w grupie wyjazdowej – wspomina elbląska wolontariuszka. W tamte wakacje Helena nie miała wyjeżdżać na misje, bo termin wyjazdu kolidował z egzaminami. – Gdy jednak przyjechaliśmy do Trzebini, gdzie przed naszym wyjazdem pomagaliśmy w remoncie biura WMS, przyszła Helenka. Zdecydowała się pojechać z nami do Rumunii, ale zapowiedziała, że będzie musiała wcześniej wrócić – opowiada. – Mieszkałyśmy nawet w jednym pokoju. Cały wyjazd wspominam wspaniale – opowiada Kasia. Jak mówi, wszyscy byli tam jedną ekipą, bardzo ze sobą zżytą, praktycznie jak rodzina. Każdy, kto poznał Helenkę, przyznaje, że przy tak wielu pozytywnych cechach była bardzo normalna. – Wszyscy świetnie się dogadywaliśmy i działaliśmy razem. Przecież przyświecał nam wszystkim jeden cel – wspomina Kasia. – Wieczorami, a spędzaliśmy wtedy dużo czasu razem, żartowaliśmy, wygłupialiśmy się, po prostu byliśmy ze sobą. To było tak bardzo normalne, ludzkie. Ze szczególną pamięcią wspominam także nasze modlitwy w klasztornej kaplicy i to, jak często się przedłużały, bo śpiewaliśmy i nigdy nie mieliśmy dosyć. Tak dobrze się tam czuliśmy, przy Jezusie i razem ze sobą. – Te relacje utrzymywały się dalej i jeszcze teraz ten czas wspominam z uśmiechem na twarzy. Helenka dała się poznać tam jako jedna z nas. Bardzo ciepła, dobra osoba, pełna radości, pasji i talentów – wspomina Kasia. A jaka Helena była rzeczywiście? – Taka, jak opisują ją praktycznie wszyscy: normalna. Prawie zawsze radosna, zawsze potrafiła znaleźć czas na rozmowę. A te wspomniane noce w kaplicy to nie były pojedyncze przypadki. Zdarzało się, że ktoś, kto nie mógł zasnąć, lub ktoś, kogo obudziliśmy, przychodził nas wygonić – opowiada Łukasz. Kasia wspomina, że podczas przeglądania zdjęć ze wspólnych wyjazdów obrazy z tamtych czasów znów stały się żywe. – Dzięki temu Helenka wróciła – mówi wzruszona, ale i radosna. – Pamiętam, jak jednego misyjnego dnia wróciliśmy z zajęć z dziećmi. Poszliśmy razem do takiej sali. Chyba chwilę pograliśmy sobie w jakąś integracyjną grę, a potem usiedliśmy na podłodze, Helenka zasiadła do pianina i zaczęła grać. Tak było nam dobrze w tamtym momencie, czuliśmy się jak u siebie w domu. A przy tym byliśmy tak zmęczeni, że wszyscy zasnęliśmy na podłodze. – Ja Helenkę wspominam ze szczególną miłością. Mam nadzieję, że patrzy teraz z nieba na mnie i wspiera w kroczeniu drogą świętości – kończy swoje wspomnienia Katarzyna. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy