Nowy numer 43/2020 Archiwum

Jak francuscy komandosi

Na takiej drodze trudów nie brakuje. Najważniejsze, że pątników nie opuszcza poczucie humoru i pozytywne nastawienie.

Droga przez Ziemię Świętą to nie lada wyzwanie. Od nieustających upałów, do których nie sposób przywyknąć, poprzez ciągłe pragnienie, aż po atakujące znienacka owady. Przekonują się o tym kapłani z naszego regionu, którzy przemierzają te tereny w drodze do Grobu Pańskiego w Jerozolimie. Księża Grzegorz Puchalski, Andrzej Preuss i Piotr Dernowski wyruszyli 27 sierpnia z miasta u wybrzeży Izraela i pokonują zaplanowaną wcześniej trasę, choć nie bez przeszkód...

Temperatury, które panują o tej porze na Bliskim Wschodzie, przerosły ich najśmielsze oczekiwania. – Nie spodziewaliśmy się, że w tym okresie panuje aż taki upał. Bliski Wschód to jednak nie to samo, co nawet południe Włoch, które przemierzaliśmy rok temu. Upał jest tutaj większy i bardziej osłabiający niż ten europejski – uważa ks. Grzegorz. Czwartego dnia wędrówki, kiedy dotarli na Górę Błogosławieństw, na jej szczycie było ok. 40 stopni Celsjusza. Przez to pielgrzymi musieli skorzystać z podwózki.

– Gdy wysiedliśmy z samochodu, mieliśmy wrażenie, jakbyśmy stali przy rozgrzanym, otwartym piekarniku z włączonym termoobiegiem – śmieje się ks. Grzegorz. Pielgrzymi zauważyli, że przy takim upale i dość niskiej wilgotności powietrza nawet nie czuje się, jak woda odparowuje z człowieka. Upały mają jednak także swoje dobre strony. Miejsca, które zazwyczaj są zatłoczone przez pielgrzymów i turystów, w takie dni jak ten świecą pustkami. – Górę Błogosławieństw mieliśmy praktycznie na wyłączność. Byliśmy w kościele Rozmnożenia Chleba i kościele Prymatu św. Piotra. Mieliśmy te sanktuaria tylko dla siebie. To jest dla nas wielka radość, że możemy być tutaj i chwalić Pana Boga w ciszy tego miejsca – mówi ks. Puchalski. Pomimo doskwierającego żaru pątnicy starają się przebyć jak najwięcej drogi na własnych nogach. Wyruszają więc w trasę jak najwcześniej, aby uniknąć palącego słońca. Tak też było szóstego dnia wędrówki.

– Wtedy Pan Bóg sprawił kolejny cud. A polegał on na tym, że zdecydowana większość drogi wiodła przy samym brzegu Jeziora Galilejskiego, z dala od ulicy, w zaroślach, trzcinach, pod drzewami, krzakami, chwastami, krzewami, kwiatami, badylami, wszystkim, co rzucało cień – wspomina ks. Andrzej. Pielgrzymi podkreślają, że wreszcie poczuli radość z pieszej wędrówki. – Czasem droga przypominała trzcinowisko, czasem znów amazońską dżunglę. Szło się kapitalnie. Ale i przygód nie mogło zabraknąć – dodaje ks. Preuss. Byli mniej więcej w trzech czwartych drogi, gdy usłyszeli wrzask. – To był prowadzący naszą grupę Piotr. Nagle ja też coś poczułem i wrzasnąłem z całych sił. A potem jak echo krzyknął Grzegorz – opowiada.

– Napadło nas stado rozwścieczonych, żądnych krwi niewinnej – znaczy naszej – zajadłych, morderczych, sfrustrowanych, dzikich i bandyckich owadów! Te paskudne potwory, o jadzie piekącym jak rozgrzane żelazo, miały nadzieję, że my po tym haniebnym, bezpodstawnym i niesprowokowanym ataku odejdziemy z tego miejsca... Ale my nie odeszliśmy stamtąd... o nie. My... zwiewaliśmy stamtąd jak prawdziwi komandosi francuscy! – śmieje się ks. Andrzej. Z bąblami na całym ciele i lekko nadszarpniętą dumą i honorem pątnicy dotarli do Tyberiady. Tam odpoczęli i odprawili Mszę św. w kościele św. Piotra. A nagrodą za przeżyte przygody była kąpiel w jeziorze Genezaret.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama