Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Cud tamtej pielgrzymki

W intencji Laury od miesięcy trwa szturm modlitewny do nieba. Dziewczynka wielokrotnie pokazała, że jest silna. Na przekór lekarskim diagnozom.

O chorobie córki państwo Kozakowie dowiedzieli się po 30. tygodniu ciąży. Mówiono im, że mała ma najczęściej występującą u dzieci wadę serca i nie należy panikować. Laura urodziła się 3 listopada 2017 roku. Ma poważnie chore serce, zmaga się także z nadciśnieniem płucnym. Pierwszy zabieg dziewczynka przeszła w 6. tygodniu życia. Nie wszystko udało się tak, jak powinno. Wdała się sepsa. Stan dziecka był bardzo ciężki.

– Po raz pierwszy z Laurą żegnaliśmy się w jej pierwsze Boże Narodzenie. Lekarze powiedzieli nam, że dla naszej córeczki „ich oferta się już skończyła”. Ale ona półtora miesiąca później pokazała, że jest silniejsza, niż wskazywały lekarskie diagnozy, i udało się odłączyć ją od respiratora – opowiada Izabela Czalej-Kozak.

Dziś już prawie 3-letnia córeczka Izabeli i Łukasza jest intensywnie rehabilitowana, a 1 lipca rozpoczęła w domu zajęcia przedszkolne. Bardzo szybko się męczy, przez cały czas podłączona jest do aparatury z tlenem. – Robi postępy, ale bardzo małymi kroczkami. W sumie prawie rok swojego dotychczasowego życia spędziła w szpitalach w stanie ciężkim. Ma duży potencjał i szanse na to, by być w normie intelektualnej, ale wiele rzeczy ją ogranicza i nie może tego przeskoczyć. Nie ma przeciwwskazań, żeby kiedyś chodziła… Kilka tygodni temu nauczyła się bić brawo. Brawo bije sobie i innym, jeśli tylko na to zasłużą. Logopedka, która z nią pracuje, zauważyła, że Laura lubi być chwalona. Cieszy się, kiedy słyszy: „Jaką ty jesteś silną dziewczynką”. To oznacza, że ona rozumie znacznie więcej, niż nam się wydaje – opowiadają rodzice.

Odpowiedź z Rzymu

W maju ubiegłego roku Laura przeszła cewnikowanie serca, później lekarz powiedział, że niezbędna jest pilna konsultacja kardiochirurgiczna. Choć nie sugerował żadnego nazwiska, podkreślał, że skonsultować ją musi „nie kardiochirurg, a najlepszy kardiochirurg”. O taką konsultację rodzice dziewczynki zabiegali w kilku przodujących europejskich ośrodkach. Na 8 sierpnia mieli wyznaczoną wizytę w celu kwalifikacji do operacji w Centrum Matki Polki w Łodzi, gdzie oczywiście pojechali. Jednocześnie czekali na odpowiedź prof. Adriano Carottiego ze szpitala Bambino Gesù w Rzymie. Tak się złożyło – i z pewnością nie był to przypadek – że w tym samym dniu uczestnicy Elbląskiej Pielgrzymki Pieszej docierali do Ruśca, czyli byli blisko Łodzi. Izabela i Łukasz od lat są związani z EPP, wielokrotnie pielgrzymowali z grupą Pomezania Malbork.

W 2008 roku na pielgrzymkowym szlaku Łukasz poprosił przyszłą żonę o rękę, a dwa lata później weszli na Jasną Górę w ślubnych strojach. Skoro pielgrzymi byli tak blisko nich, Łukasz postanowił choć na kilka godzin dołączyć do grupy. Powiedział do żony: „Pojadę do pielgrzymów, pójdę na Apel Jasnogórski, wspólnie z nimi się pomodlę. Poproszę o modlitwę w intencji Lauruni. Coś się musi wydarzyć”. I tak się stało. Kolejnego dnia dostali kwalifikacje z Rzymu. Prof. Carotti napisał, że jest w stanie zoperować dziewczynkę na podstawie wyników, które otrzymał. Jednak zrobić to musi w najbliższych dniach, bo wyniki są graniczne, a operacja będzie obarczona dużym ryzykiem. Wydarzenia z sierpnia i września ubiegłego roku Łukasz nazywa dziś cudem tamtej pielgrzymki. – Uważam, że pielgrzymka to czas, kiedy możemy wszystko wybłagać u Boga. Jeśli nie wykorzystamy tej szansy, druga w ciągu roku już się nie zdarzy – twierdzi.

Krew „na polskie dziecko”

Operacja we Włoszech wiązała się z ogromnymi kosztami. – Nie chcieliśmy zbierać pieniędzy, bo to jest bardzo krępujące, ale nie mieliśmy wyboru – przyznaje Łukasz. – Wszystko chcemy dźwigać na swoich ramionach, ale skąd mieliśmy z dnia na dzień wziąć 30 tys. euro? Takich pieniędzy nie mieliśmy. Postanowiliśmy uruchomić zbiórkę na siepomaga.pl – kontynuuje Izabela.

Pieniądze udało się zebrać w ciągu niespełna 4 dni. Łącznie w Rzymie cała rodzina spędziła ponad 50 dni. Rodzice zabrali ze sobą także starszą córkę Łucję. Początkowo opiekowała się nią ciocia, która również poleciała do Włoch. Laura według planu miała być operowana niezwłocznie po przybyciu do Wiecznego Miasta. Nie obyło się jednak bez komplikacji. Jedną z nich był… brak krwi. Laura ma grupę 0Rh–, która we Włoszech jest jeszcze rzadsza niż w Polsce. W Rzymie rodzinę wspierał o. Polikarp Nowak OFM, który tam mieszka i przez lata pielgrzymował z Malborka na Jasną Górę. Do oddawania krwi zmobilizował członków Gwardii Szwajcarskiej. Informacja o takiej potrzebie dotarła do wielu osób i w centrum krwiodawstwa zjawiło się wielu, by oddać krew „na polskie dziecko”. – Akcja miała charakter kuli śnieżnej, zaangażowało się tak wiele osób, że byliśmy zdziwieni odzewem – mówią rodzice. Tłumaczka, która towarzyszyła małżonkom, powiedziała, że pierwszy raz spotkała się z taką sytuacją, a w tym szpitalu pracuje od 5 lat i była przy leczeniu ok. 60 polskich dzieci.

– To był dla nas trudny czas, ale o. Polikarp mówił, że trzeba ufać i czekać – przypomina Łukasz. Ostatecznie operacja dziewczynki odbyła się 19 września. Tego dnia spod szpitala zabrała ich pani Jadzia, którą poznali przez o. Polikarpa. Zajmowała się nimi przez cały dzień, a w ciągu kilku kolejnych opiekowała się Łucją. Dziś dziewczynka mówi, że ma babcię Jadzię w Rzymie. Rodzice zaś zaprzyjaźnili się z pracującą w szpitalu siostrą Urszulą. Zawsze, gdy było trudno, mogli się do niej zwrócić. Laura jest ich trzecim dzieckiem. Pierwsza córeczka, Marysia, urodziła się w 2011 roku. Była 900-gramowym wcześniakiem, miała bardzo skomplikowaną wadę serca i była wówczas jedynym wcześniakiem żyjącym z taką wadą. Od lekarzy rodzice usłyszeli, że nie miała prawa żyć, a ona była z nimi 2 lata. Druga córeczka, Łucja, jest zdrową, pełną życia 4-latką. Czasami dopytuje rodziców, czy Laura będzie z nią skakać na trampolinie. Różnica wieku między dziewczynkami to jedynie 16 miesięcy. Powinny wspólnie się bawić, a tymczasem między nimi jest przepaść. Jednak siostry mają swój własny kod porozumiewania się. Bywa, że Laura decyduje się coś zjeść tylko wtedy, gdy karmi ją Łucja. Starsza z dziewczynek bardzo przeżywa to, co dzieje się z siostrą. Po operacji w Rzymie przez tydzień miała 40-stopniową gorączkę. Najprawdopodobniej tak odreagowywała stres.

Prośba o modlitwę

Pierwsze miesiące po operacji były dla Laury bardzo trudne. Organizm miała osłabiony m.in. narkozą, w ciągu 3 miesięcy przeszła trzykrotnie zapalenie płuc, od listopada do stycznia – 5-krotną transfuzję krwi. Od tego czasu na stałe wymaga tlenu. Była na granicy życia i śmierci. Prof. Carotti przyznał, że operacja Laury odbyła się w ostatniej chwili. Uważa, że jej nadciśnienie płucne jest nabyte, ponieważ bardzo długo żyła z wadą serca. Dziewczynka ma szansę się zregenerować, ale będzie to trwało wiele miesięcy, a może nawet lat. Informacje o tym, co się działo w Rzymie, Izabela przekazywała znajomym poprzez wpisy na Facebooku. Wolała pisać niż z kimkolwiek rozmawiać przez telefon.

– Dziś nie wiem, jak to przetrwaliśmy. Kiedy przypominam sobie emocje, jakie nam towarzyszyły, to muszę przyznać, że te wpisy były delikatne – mówi. O zdrowie dla Laury rodzice prosili, odmawiając Nowennę Pompejańską. Wielu kapłanów odprawiało Msze św. Czwartkową Eucharystię przy grobie św. Jana Pawła II odprawił w tej intencji kard. Konrad Krajewski. Rodzice mieli zapewnione duchowe wsparcie od wspomnianego już o. Polikarpa, a także od zaprzyjaźnionych księży: Grzegorza Puchalskiego, Piotra Fiałka, Damiana Tomczyka, z którymi pielgrzymowali do Matki Bożej, oraz Jana Czajkowskiego i Andrzeja Klukowskiego, którzy towarzyszą im duchowo od wczesnej młodości. Szturm modlitewny do nieba w intencji Laury nadal jest potrzebny. Izabela i Łukasz wciąż o to proszą, bo wierzą, że dziewczynka jeszcze będzie skakać na trampolinie ze starszą siostrą. W tym roku Iza i Łukasz planowali choć na jeden dzień dołączyć do pielgrzymów i ponowić prośbę o modlitwę w intencji córeczki.

Niestety, z powodu obostrzeń związanych z pandemią koronawirusa raczej nie będzie to możliwe. – O. Polikarp wielokrotnie powtarzał, że Laura to tytan duchowy. Przyjmujemy na klatę to, co otrzymujemy od Boga, tym bardziej że medycznie, po ludzku, najlepsi profesorowie nie potrafią wskazać przyczyny, dlaczego mamy po raz kolejny chore dziecko. Wierzymy, modlimy się, żyjemy nadzieją i czekamy na cud – mówią.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama