Nowy numer 25/2021 Archiwum

Opowiadam o Polsce w Boliwii

– W czasie pandemii dzięki wsparciu bardzo wielu osób udało nam się kupić i rozdać kilkanaście ton żywności rodzinom, które tego najbardziej potrzebowały – mówi o. Elizeusz Czwerenko OFM, pochodzący z parafii św. Andrzeja Boboli w Sztumie.

Agata Bruchwald: O misjonarzach mówi się, że to ambasadorowie naszego kraju na świecie. Czy czuje się Ojciec ambasadorem Polski w Boliwii?

o. Elizeusz Czwerenko OFM: Tak. Gdy ludzie, z którymi rozmawiam, słyszą zupełnie inny akcent niż miejscowy, pytają mnie, skąd jestem. Gdy odpowiadam, że z Polski, zaczynają pytać o różnice między naszymi krajami, o to, jak w Polsce żyją ludzie, a także np. o potrawy czy pogodę. O Polsce w Boliwii opowiadam dosyć często.

Od ponad roku żyje Ojciec w Ameryce Południowej, poznając tę cześć świata. Co do tej pory Ojca najbardziej zaskoczyło?

Trudno to ocenić jednoznacznie, bo tu jest zupełnie inny świat. Żyjemy w pasie przyrównikowym, tu są tropiki, niedaleko jest amazońska dżungla. Pod tym względem tutaj jest zupełnie inaczej niż w Polsce. Mocno uderzyła mnie bieda tych ludzi. W Polsce aż tak bardzo nie widać różnic społecznych, różnic w zarobkach między ludźmi. W Boliwii, przechodząc ulicami miasta, przekonujemy się, jak bardzo wielu ludzi mieszka w slumsach. Tam domy powstają z tego, co akurat nawinęło się pod rękę – kilku desek, kawałka falistej blachy, ściany są ze splecionych liści palmowych albo jakiejś plandeki. Podłoga to bardzo często klepisko, ubita glina i nic więcej. Prąd generalnie jest wszędzie doprowadzony, ale nie ma ani bieżącej wody, ani kanalizacji... Pozytywnie natomiast zaskoczyła mnie wielka otwartość i serdeczność Boliwijczyków. Często na ulicy potrafią mnie zaczepić i zacząć rozmowę.

Jak można scharakteryzować wspólnoty, w których Ojciec pracuje?

Jestem proboszczem w dwóch parafiach – San Francisco de Asís i San Martín de Porrès w mieście Trinidad, stolicy departamentu Beni. One znacznie różnią się od siebie. Jedna znajduje się w pobliżu centrum miasta. Ludzie tam mieszkają w murowanych domach, żyje im się troszeczkę lepiej. Nie widać tak wielkiej biedy. Druga parafia znajduje się bliżej obrzeży miasta. Tam jest naprawdę biednie, widać to, idąc ulicami, zachodząc do domów. Do kościoła przychodzi głównie młodzież i trochę starszych osób. Praca w Boliwii jest dosyć ciężka. 70 proc. społeczeństwa deklaruje się jako katolicy, jest jednak także dużo wspólnot protestanckich, m.in. ewangelików, a także boliwijski Kościół narodowy stworzony przez poprzedniego prezydenta kraju Evo Moralesa. Ich członkowie są naprawdę aktywni. Nie ma między nami spięć, nie pałamy do siebie nienawiścią, ale widać, że jeśli mogą, to nam, katolikom, próbują przeszkadzać w podejmowanych działaniach.

Czym Ojciec zajmuje się na co dzień?

Najczęściej jest to praca z ludźmi. Na polu ewangelizacyjnym to odprawianie Mszy św., nabożeństw, święcenie domów, bo o to proszą mnie parafianie. Miejscowi bardzo często proszą także o wsparcie finansowe. Praktycznie nie ma tygodnia, żeby ktoś nie przyszedł, żeby poprosić o coś do jedzenia albo o wykupienie leków. Często rozwożę potrzebującym żywność, np. ryż. Ostatnio, przed świętami Bożego Narodzenia, udało się mi kupić wózek inwalidzki dla młodego, ok. 20-letniego mężczyzny. Od urodzenia zmaga się on z dysfunkcjami ruchowymi i intelektualnymi.

W Boliwii 4 lata temu, 24 stycznia 2017 r., została zamordowana Helena Kmieć. Czy jej historia jest znana ludziom, których Ojciec spotyka. Czy Ojciec im o niej opowiada?

Helenka została zamordowana w mieście Cochabamba, położonym w górskiej dolinie. Tutaj niewiele osób zna tę historię. Kilka razy z miejscowymi o niej rozmawiałem, ale na kazaniach o niej nie opowiadałem.

Ojciec decyzję o wyjeździe do Boliwii podjął po śmierci Helenki. Ta tragedia nie powstrzymała Ojca przed wyjazdem na misje?

Nie. Oczywiście znałem jej historię. Przygotowując się do wyjazdu w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie, pewnego razu udało nam się nawet pojechać na cmentarz, gdzie Helenka została pochowana. Rozmawiałem z kilkoma osobami, które ją znały. Obawy przed tym wyjazdem miała moja rodzina, zwłaszcza mama, ale ja nie.

Ilu kapłanów z Polski jest obecnie w tej części świata, w której Ojciec posługuje?

Trzech. Ojciec Paschalis, także franciszkanin, i ja mieszkamy w klasztorze w Trinidad. W miejscowości oddalonej o ok. 4 godziny jazdy samochodem od Trinidad jest o. Krzysztof, kapłan diecezjalny.

Zgodnie z proklamowaną w 2009 r. konstytucją chrześcijaństwo przestało być religią państwową. Z informacji, jakie docierają do Polski, możemy się dowiedzieć, że niejednokrotnie dochodziło do sporów na linii Kościół–państwo. Jak Ojciec ocenia – patrząc z perspektywy wspólnoty, w której posługuje – z czym musi zmagać się Kościół w Boliwii?

Na polu lokalnym między ludźmi nie ma większych problemów. Duże zgrzyty są jednak na szczeblu oficjalnym między parafiami a władzami miasta. Dwa miesiące temu na przykład była wichura, został naruszony dach katedry (Catedral de la Santísima Trinidad) – pozrywanych zostało wiele dachówek, woda lała się do świątyni. Próbując znaleźć pieniądze na remont, zwróciliśmy się do władz miasta o pomoc, bo katedra jest wpisana na listę krajowego dziedzictwa. Widnieje na herbie, pieczęciach... jeśli są podawane jakiekolwiek oficjalne informacje z Trinidad, to na pierwszym miejscu jest zawsze katedra. Władze miasta nie chciały jednak przekazać ani jednego peso na naprawę szkód. Sprawę nagłośnili dziennikarze. Przypominali, że szczycimy się katedrą, jest ona naszym wspólnym dobrem i pytali, co po jej zniszczeniu robią miasto, departament, państwo. Po naciskach medialnych sprawa ruszyła, jednak czasu upłynęło tak wiele, że zdołaliśmy zdobyć pieniądze z innych źródeł. Musieliśmy jak najszybciej wykonać najpotrzebniejsze prace, bo obecnie trwa tu pora deszczowa, codzienne pada deszcz. Woda i wilgoć wszystko niszczą. Trzeba było ratować katedrę. Relacje na linii Kościół–państwo nie są zbyt dobre. Rządy sprawuje Ruch na rzecz Socjalizmu (Movimiento al Socialismo). Jest on niechętny Kościołowi i gdy tylko może to pokazać – oficjalnie albo nieoficjalnie – robi to.

Z przyjazdem do Boliwii i działalnością na jej terenie misjonarze problemów nie mają?

Nie, takich problemów nie ma. Trzeba zdobyć pozwolenia na pobyt i to trwa dłuższy czas, ale udaje się.

Misjonarze bardzo często proszą o modlitwę i wsparcie finansowe. Czy bez wsparcia duchowego i pomocy materialnej z Polski udałby się Ojcu ewangelizować i pracować w Ameryce Południowej?

Bez wsparcia modlitewnego byłoby to niemożliwe. Tutaj jesteśmy oderwani od tego, co znamy, europejskiej mentalności, znajomych, rodziny. Bardzo ważna jest świadomość, że ktoś o nas pamięta, modli się za nas. Jeśli chodzi o pieniądze z ofiar, które dostaję tutaj od ludzi, z intencji mszalnych wystarcza mi na bieżące wydatki, opłatę rachunków. Jednak z tego nie udałoby mi się nic dodatkowego zrealizować, np. pomóc proszącej mnie o wsparcie osobie, wykupić komuś leków, zapłacić za leczenie w szpitalu, albo zrealizować jakiegokolwiek remontu. To wszystko jest finansowane z ofiar, które dostaję z Polski. W czasie pandemii dzięki wsparciu bardzo wielu osób z Polski i Niemiec udało nam się kupić i rozdać kilkanaście ton żywności rodzinom, które tego najbardziej potrzebowały. W parafiach mam kilka młodzieżowych i dziecięcy grup. Żebym mógł dla nich coś dodatkowego zorganizować, np. wyjazd, muszę prosić o wsparcie z Polski. Bez pieniędzy od darczyńców z kraju moja działalność w Boliwii ograniczałaby się do odprawiania Mszy św., a w najbliższym czasie czeka mnie np. naprawa dachów świątyń w obu parafiach, bo przy obecnych deszczach i wiatrach okazało się, że w kilku miejscach są przecieki.

agata.bruchwald@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama