Nowy numer 30/2021 Archiwum

Pomoc potrzebna jest każd ego dnia

– Kult Bożego Miłosierdzia jest tu nawet bardziej rozpowszechniony niż w Polsce. Praktycznie nie ma tu domu, w którym nie byłoby wizerunku Jezusa Miłosiernego – opowiada elbląski misjonarz posługujący w Wenezueli.

Minimalna pensja w Wenezueli to 30 dolarów, co nie jest przestrzegane przez pracodawców, bo np. mężczyźni pakujący żywność przy kasie w sklepie zarabiają miesięcznie 6 dolarów. Najniższa emerytura wynosi... mniej niż jednego dolara. Dla porównania – kilogram ryżu kosztuje nieco ponad dolara. Ci, którzy zapiszą się do partii, otrzymują raz w miesiącu paczkę żywnościową o wartości ok. 30 dolarów. Jednej osobie jedzenie to wystarcza na dwa tygodnie – opowiada ks. Stanisław Gorgol.

12 lat temu elbląski kapłan związał swoje życie z wenezuelską wyspą Margarita. Obecnie jest tam jedynym misjonarzem pochodzącym z Polski. Mówi, że dawniej na wyspie nie było ani aż tak wielkiej biedy, ani tak ogromnych rozbieżności między bogatymi a ubogimi, jak to ma miejsce dziś. – Wcześniej kwitła tu turystyka, ludzie pracowali w hotelach... Ostatnio rozmawiałem z właścicielką pewnego hotelu. Powiedziała mi, że od roku nie miała ani jednego gościa – opowiada ks. Stanisław. Na tak dramatyczną sytuację miejscowych – jak mówi – wpłynął kryzys, a w ostatnich miesiącach dołączyła do tego pandemia koronawirusa.

Trudna posługa

Pandemia ks. Stanisława zastała w Polsce. W kraju przebywał ze względów zdrowotnych. Do Ameryki Południowej wrócił w grudniu ubiegłego roku, czyli od razu po tym, jak przywrócono loty za ocean. Na przełomie marca i kwietnia władze Wenezueli zarządziły całkowity lockdown. Zamknięte były kościoły i stacje paliwowe. W sklepach natomiast był tłok, klienci stali jeden obok drugiego. Teraz stacje paliwowe znów są otwarte, ale... często brakuje paliwa.

– Benzyna tu jest bardzo tania. Obliczyliśmy, że za dolara można kupić ok. 5 tys. litrów. Ale dlatego też jej brakuje. Dawniej, gdy była droższa, była dostępna – opowiada misjonarz, wyjaśniając, że tankować teraz można tylko w określone dni. Ostatnio, ze względu na pracę socjalną, pomoc dzieciom, złożył podanie o możliwość częstszego tankowania. Jednak zanim zostanie ono rozpatrzone, może minąć i rok. Ksiądz Stanisław posługuje w Pampatar, w sanktuarium Santísimo Cristo del Buen Viaje (Najświętszego Chrystusa od Dobrej Podróży). Jeszcze kilka lat temu pielgrzymowało do niego wiele osób, a młodzi z chęcią brali tam ślub – rocznie odbywało się ich ok. 120. Elbląski kapłan dwukrotnie nawet błogosławił nowe związki małżeńskie w języku polskim. Jedna z par poznała się w Caracas. Pan młody, choć mieszkał na stałe w Australii, pochodził z Polski i wielu gości na tę uroczystość przybyło właśnie z naszej ojczyzny. Młodzi wymarzyli sobie ślub w sanktuarium na wyspie.

– Dawniej było tu ok. 600 chrztów rocznie, teraz przez cztery miesiące ochrzciłem cztery osoby. Ludzie są zdezorientowani – nie wiedzą, czy można przyjść do kościoła, czy nie; czy można ochrzcić dziecko, czy nie – opowiada misjonarz. Jak dodaje, podobnie sprawa ma się z pogrzebami. Przed pandemią w kościołach odprawiane były Msze św. pogrzebowe, trumna znajdowała się w świątyni. Obecnie w pochówkach nie bierze udziału kapłan. W ciągu ostatnich miesięcy ks. Stanisław uczestniczył w zaledwie jednym pogrzebie – przed cmentarną bramą odmówił modlitwy, które w Polsce odmawia się w kaplicy pogrzebowej. W Wenezueli nie ma tradycji, by kapłan szedł z żałobnikami na cmentarz. Obecnie – jak mówi ks. Stanisław – duszpasterstwo ogranicza się do posługi wśród chorych. Ksiądz jest wzywany do szpitala albo odwiedza ich w domach.

Głodnych nakarmić

Znaczną część czasu polskiemu kapłanowi zajmuje praca w stołówce powadzonej przy parafii przez grupę nazywaną „misjonarzami niosącymi pomoc”. – Szukam produktów, z których gotowane są potem obiady. Wspomagają nas restauracje, wierni – opowiada ks. Stanisław, zwracając przy tym uwagę, że zawsze ma na sobie strój duchowny, bo łatwiej zorganizować taką pomoc, gdy inni widzą, że jest w nią zaangażowany ksiądz. Widok koloratki u miejscowych wzbudza szacunek. Nie bez znaczenia jest też to, że nosi ją obcokrajowiec.

Jako pierwsza gotować dla najmłodszych zaczęła emerytowana nauczycielka Nubes. Wiązało się to z pogarszającą się sytuacją ekonomiczną w kraju. Ksiądz Stanisław znał tę kobietę, ponieważ prowadziła mały chór, który śpiewał w niedzielę na Mszy św. o godz. 11. Emerytowana nauczycielka początkowo gotowała w swoim domu, a cztery lata temu zaczęto prowadzić kuchnię dla dzieci, młodzieży i osób starszych przy parafii. Obecnie pomagają jej trzy, cztery panie. Za pracę nikt nie otrzymuje wynagrodzenia, ale wolontariusze mogą się najeść i zabrać posiłek dla swoich dzieci. Dziennie przygotowują 150–180 obiadów. W Pampatar gotowane są one w trzech miejscach – dzielnicy La Caranta, gdzie trafiają do 85 dzieci i 14 osób starszych, Las Casitas (16 dzieci i 14 niepełnosprawnych) oraz Ciudadela del Mar (45 dzieci). Osobom starszym posiłki zanoszą dzieci. Z kolei z ofiar Caritas Polska i od ludzi dobrej woli płynie pomoc dla dwóch kolejnych parafii – San Juan i Juangriego.

W tej pierwszej raz w tygodniu wydawane jest ok. 180–200 osobom arepas (tradycyjne wenezuelskie śniadanie, rodzaj placka z mąki kukurydzianej i wody), a w drugiej – trzy razy w tygodniu przygotowuje się obiady dla ok. 40–50 dzieci. Arepas są popularne w wielu krajach Ameryki Południowej. Dawniej w Wenezueli jedzono ich bardzo dużo, dziś miejscowych nie stać nawet na nie. Wolontariusze starają je się smażyć i dawać dzieciom do posiłków na stołówce. Do domu prowadzonego przy sanktuarium najmłodsi przychodzą już rano. Obecnie w Wenezueli zamknięte są szkoły, nauka odbywa się zdalnie, a niestety w wielu domach nie ma komputera. Jednak przy parafii dzieci mogą uczestniczyć w lekcjach języka hiszpańskiego i muzyki. Przychodzi także piekarz, który uczy gotowania. Jest i katecheza. Lekcje prowadzą emerytowani nauczyciele.

Na misjach, czyli w domu

Ksiądz Stanisław mówi, że w Ameryce Południowej, na misjach, czuje się jak ryba w wodzie. O trudnościach stara się nie mówić, a pytany o nie żartuje, że nie ma żadnych, bo „jest ciepło, tylko... ocean ma za słoną wodę”.

– Od dzieciństwa marzyłem o tym, żeby wyjechać na misje. Ksiądz inf. Mieczysław Józefczyk, gdy się o tym dowiedział, powiedział mi, że jeśli będę miał wyjechać na misje, to tak się stanie – wspomina. Po maturze rozpoczął formację w seminarium diecezjalnym, a tuż po święceniach kapłańskich w 1985 r. trafił do Barczewa. Tam dotarła do niego informacja, że abp Edmund Piszcz szuka kandydatów na misje. Zbliżała się pielgrzymka Ojca Świętego do ojczyzny (1987 r.) i z tej okazji polski Kościół chciał dać światu 100 misjonarzy diecezjalnych. – Od razu się zgłosiłem – mówi. Wiązało się to z przesłaniem encykliki Piusa XIII „Fidei Domini”. „Niech więc nasze napomnienia rozniecą i umocnią w sercach kapłanów ducha misyjnego, a ich zapał niech udzieli się wszystkim wiernym” – czytamy w dokumencie.

Ksiądz Stanisław wyruszył do Ekwadoru, później posługiwał w Mamonowie w Obwodzie Kaliningradzkim, a potem wrócił do Ameryki Południowej, tym razem do Wenezueli. Najpierw pracował na lądzie stałym, a następnie na wyspie. W przerwach, przebywając w Polsce, był kapelanem w Hospicjum św. Jerzego oraz administratorem parafii Świętej Trójcy w Elblągu. Mieszkańcy wyspy, na której obecnie pracuje misjonarz, to głównie katolicy. Są bardzo przywiązani do Matki Bożej (czczona tam jest w figurce Virgen del Valle). W uroczystościach 8 września w sanktuarium maryjnym położonym w pobliżu Porlamar biorą udział Wenezuelczycy z całego kraju. Polskę kojarzą przede wszystkim ze św. Janem Pawłem II i św. s. Faustyną Kowalską. – Kult Bożego Miłosierdzia jest nawet bardziej rozpowszechniony tu niż w Polsce. Praktycznie nie ma tu domu, w którym nie byłoby wizerunku Jezusa Miłosiernego. Tu jestem wśród tych, którzy bardzo mnie potrzebują – podsumowuje ks. Stanisław Gorgol.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama