Nowy numer 30/2021 Archiwum

Honor ponad wszystko

Odebranie dobrego imienia oznaczało wykluczenie ze wspólnoty.

Ty szelmo! Ty kacie! Czy też – ty papisto! – to określenia, jakimi często obrzucali się żyjący na przełomie XVI i XVII wieku wzburzeni mieszkańcy wsi leżących na Mierzei Wiślanej. Te obelgi były wówczas odbierane tak dosadnie, że chłopi szli z nimi do sądu. Dlaczego tak się działo, opowiadała dr Jaśmina Korczak-Siedlecka podczas spotkania w Bibliotece Elbląskiej, które odbyło się 8 maja.

– Chciałam zrozumieć działania ludzi, którzy wdają się w tego rodzaju przemoc werbalną, i odpowiedzieć sobie, co nimi kierowało – mówiła dr Korczak-Siedlecka, która analizowała akta spraw sądowych z dóbr ziemskich pod Gdańskiem sprzed ok. 500 lat. – Jest to próba zrozumienia ludzi tamtych czasów, którzy przecież byli zupełnie odmienni od nam współczesnych. Musimy przede wszystkim zrozumieć, jakie były podstawowe wartości, którymi się wówczas kierowano. I okazuje się, że najważniejszą z nich dla chłopa z podgdańskiej wsi w XVI wieku był honor – wyjaśniała. Jak podkreślała, honor miał tak ogromne znaczenie, że jego obrona była ważniejsza niż na przykład trudy związane z formalnościami sądowymi, podróż do Gdańska i wszystkie koszty wynikające z procesu. Prelegentka zaznaczyła, że honor, czyli dobre imię, oznaczał we wspólnocie wiejskiej bardzo wiele. – Zwyzywać kogoś oznaczało po prostu odebrać mu honor i wykluczyć ze wspólnoty. „Szelma” to było zwyczajnie określenie człowieka bez honoru. Na człowieka tak oznaczonego spadał ostracyzm społeczny, tzn. na przykład nikt nie chciał z kimś takim robić interesów czy też wchodzić w związek małżeński. Dlatego też tak ważny był proces sądowy, gdyż to on pozwalał honor odzyskać – tłumaczyła. W aktach sądowych dotyczących Mierzei Wiślanej badaczka znalazła wiele spraw dotyczących tak obelżywych określeń. Do podobnej kategorii zaliczano określenia „kat” czy „rakarz”. – Uważano, że te zawody jako mające kontakt ze zwłokami są pozbawione honoru. Dlatego nazwanie kogoś rakarzem było również odebraniem mu czci – mówiła pani Jaśmina. Ówcześni miejscowi chłopi potrafili także wnieść sprawę za określanie ich „papistami”. – Pamiętajmy, że cała wieś na tych terenach była wówczas protestancka. Jeśli ktoś nie był protestantem, nie mógł być członkiem wspólnoty. Nazwanie więc kogoś papistą oznaczało: „Nie chcemy cię wśród nas”. Co ciekawe, bardzo często obrażano tym mianem członków wspólnoty mennonickiej, czyli jednego z odłamów protestantyzmu – opowiadała badaczka. Do szczególnie aktywnych w kwestii sporów sądowych w tamtym czasie należała wieś Tujsk. – Mieszkało tam kilka dość zamożnych rodzin, skłóconych ze sobą przez długi czas. W aktach znajdziemy dziesiątki przykładów tego, jak na przestrzeni lat wymieniali się między sobą wyzwiskami czy też drobniejszymi utarczkami – wspominała. – Musimy jednak pamiętać, że tego rodzaju przemoc była wówczas czymś normalnym. Ona nie zagrażała życiu. Nie miała na celu sprawić, żeby ktoś rzeczywiście cierpiał, ale miała przede wszystkim uderzać w honor – zaznaczała. Często wystarczył nawet drobny gest, aby druga osoba uznała to za obelgę. – Tak odbierano wszelkie ataki na nakrycie głowy. Wystarczyło na przykład zrzucić komuś kapelusz na ziemię. Ale wulgarne były również wszelkie gesty pokazania broni. Położenie przed sobą noża lub siekierki oznaczało poważne ostrzeżenie – opowiadała dr Korczak-Siedlecka. Miejscem, gdzie z reguły dochodziło do eskalacji działań, a przemoc słowna przeradzała się w fizyczną, była najczęściej karczma. – Najczęstszą bronią był wtedy kufel piwa – śmiała się badaczka. – Jednak należy pamiętać, że samo spożywanie piwa również można zaliczyć do kwestii honorowych. Kiedy bowiem dajmy na to zawierano jakiś kontrakt – pito piwo, a kiedy się godzono, również pito piwo. Picie piwa wzmacniało więzy danej wspólnoty. Powiedzenie więc wobec kogoś: „Nie możesz z nami pić piwa” było bardzo mocnym wyzwiskiem. Obelgą zaś najwyższej kategorii było chluśnięcie komuś piwem w twarz. I z tym także chodzono niejednokrotnie do sądu – opowiadała. Wsie na Mierzei Wiślanej w XVI i XVII wieku były organizmami współzależnymi, dlatego też mieszkańcy bardzo dbali o to, aby móc w takiej wspólnocie funkcjonować. Odebranie honoru, czyli wykluczenie ze wspólnoty, bardzo życie utrudniało, dlatego też tak bardzo starano się o to walczyć, nawet angażując majestat sądu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama