Nowy numer 38/2021 Archiwum

Oblicza służby

O odkryciu życiowego powołania, głoszeniu kazań oraz udzielaniu sakramentów – również swoim dzieciom i wnukom – a także pracy w policji mówi podinsp. Maciej Stęplewski, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, diakon stały w diecezji elbląskiej.

ks. Maciej Świgoń: Czuje się Pan bardziej policjantem, mężem i ojcem trójki dzieci czy diakonem – osobą duchowną?

podinsp. Maciej Stęplewski: To jest dobre pytanie w dobrym, bo jubileuszowym dla mnie roku. Mam 45 lat życia, 25 lat służby w policji i od roku jestem diakonem stałym w diecezji elbląskiej. Z żoną Basią jesteśmy prawie 22 lata po ślubie. W moim przypadku trudno to wszystko od siebie oddzielić. Na pewno diakonat jest bardziej przyszłościowy, bo diakonem – daj Panie Boże – będę do końca życia, a nawet dłużej... Policjantem dzisiaj jestem, ale kiedyś przyjdzie czas emerytury...

Od dziecka chciał Pan być policjantem?

Myślę, że służba w policji, podobnie do służby w Kościele, powinna wynikać z powołania. Pamiętam, że kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, pojawiły się myśli o zostaniu w przyszłości policjantem. Imponował mi ten zawód. Nawet na bale przebierańców przychodziłem w stroju policjanta.

A nie w sutannie?

Powołanie do bycia duchownym przyszło znacznie później. Początkowo nie rozważałem wstąpienia do seminarium duchownego. Zdecydowanie chciałem zostać mężem i ojcem. Równocześnie bardzo ciągnęło mnie do teologii. W 1998 r. rozpocząłem studia w gdańskiej filii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Po skończeniu tych studiów i uzyskaniu tytułu magistra zapisałem się na dalsze studia na uniwersytecie w Olsztynie, gdzie uzyskałem stopień naukowy licencjata teologii. Obecnie marzę o dopełnieniu swojej edukacji i napisaniu pracy doktorskiej.

Kiedy więc zrodziło się pragnienie służby w Kościele?

To był proces. Samo pojęcie diakonatu stałego początkowo było mi zupełnie obce. Nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. Pochodzę z rodziny, delikatnie mówiąc, nienachalnej religijnie, a przełomem dla mnie było przyjęcie sakramentu bierzmowania. Gdy miałem 15 lat, przeżyłem swoje nawrócenie. W jakiś niepojęty dla mnie sposób poczułem wspólnotę Kościoła. Może wynikało to z faktu, że panowała tam fantastyczna atmosfera, w której nie było np. oceniania, obgadywania – przynajmniej tak to wówczas widziałem. Myślę tu o Ruchu Światło–Życie, który w formacji kładzie duży nacisk na znalezienie swojego miejsca w Kościele. Nigdy nie byłem ministrantem ani lektorem, chociaż w ramach wspólnoty pełniłem różne funkcje, m.in. lektora czy kantora. Przez wiele lat prowadziłem oazę jako świecki moderator w parafii pw. Bożego Ciała w Gdańsku-Morenie. Moim celem stała się jednak posługa diakonatu, chociaż byłem też pogodzony z myślą, że nigdy może do tego nie dojść, gdyż nie w każdej diecezji w Polsce jest taka możliwość. We wspólnocie poznałem też moją żonę. Mieliśmy podobne spojrzenie na wiarę i Kościół. Kilka lat po ślubie przeprowadziliśmy się do Mikoszewa. Gdy nie było ministrantów czy lektorów, szedłem do czytania i śpiewania psalmu. Gdy miałem już pełną świadomość, z czym łączą się święcenia diakonatu, zacząłem o tym mówić mojemu proboszczowi. Na początku ksiądz zaproponował mi zostanie szafarzem nadzwyczajnym. To był pierwszy moment, kiedy powiedziałem, że bardzo chętnie będę służyć w Kościele, ale moje powołanie rozeznaję jako diakonat. Po kilku latach od tej rozmowy okazało się, że bp Jacek Jezierski na Radzie Kapłańskiej zapowiedział powstanie Ośrodka Formacji Diakonów Stałych w Elblągu. Złożyłem więc prośbę do biskupa o wzięcie pod uwagę mojej kandydatury. Po 3-letnim czasie przygotowania 4 lipca 2020 r. przyjąłem święcenia diakonatu.

Kim jest diakon stały?

Może nim zostać nie tylko celibatariusz, a więc osoba składająca przyrzeczenie życia w celibacie, lecz także mężczyzna żonaty. Zgodnie z prawem kanonicznym diakon – również posiadający żonę – nie jest już osobą świecką, ale duchownym.

Żona nie miała wątpliwości?

Dużo o tym rozmawialiśmy – jak ona to widzi. Na rozpoczęcie formacji i przyjęcie moich święceń musiała wyrazić pisemną zgodę. Relacje małżeńskie nigdy nie są łatwe. Wiadomo, że pojawiają się różnego rodzaju problemy dnia codziennego. Do tego dochodziła świadomość mojej grzeszności oraz poczucie, że nie jestem godzien tych święceń, bo mam za sobą kilkadziesiąt lat dorosłego życia, a więc niosę bagaż pewnych doświadczeń. To wszystko trzeba było wziąć pod uwagę. I to samo widziała moja żona. Natomiast doszliśmy do wniosku, że pychą byłoby, gdybym zrezygnował ze święceń, ponieważ czuję się niegodny. Myślę, że każdy duchowny to przeżywa. Dlatego ważne jest, że o tej godności ostateczną decyzję podejmuje biskup.

A co o tym sądziły dzieci?

Starsza córka, która ma 19 lat, była zdziwiona faktem, że jej ojciec będzie duchownym katolickim. Stopniowo przygotowywałem ją do tego poprzez wspólne rozmowy. Ona też widzi, że nie jestem idealny, więc jako bardzo młoda osoba miała swoje przemyślenia czy też wątpliwości. Natomiast dzieci młodsze, które mają 10 i 11 lat, są bardzo dumne. Mój syn jest ministrantem, więc przy ołtarzu służymy razem.

Wyobraża sobie Pan sytuacje, w których błogosławi związek małżeński swoich dzieci i chrzci własne wnuki?

Jak najbardziej. Mam już za sobą udzielenie I Komunii św. mojemu chrześniakowi i muszę przyznać, że było to również dla mnie duże przeżycie.

Tych radości z posługi jest  więcej?

Ogromną radość sprawia mi służenie do Mszy św., a szczególnie udzielanie sakramentów świętych i głoszenie słowa Bożego, czyli mówienie kazań. Nie jest to zbyt częste, ale cieszę się, gdy ksiądz proboszcz daje mi taką możliwość. Kiedyś wydawało mi się, że byłbym znacznie lepszym kaznodzieją niż ci, których słuchałem. Dzisiaj już tak nie myślę. (śmiech) Gdy po raz pierwszy stanąłem przy ambonie, poczułem ogromną odpowiedzialność za głoszone słowo. To coś zupełnie innego niż gdy jest się odbiorcą kazania. Teraz jest we mnie więcej pokory.

Gdzie Pan na co dzień posługuje?

Dekretem biskupa elbląskiego zostałem skierowany do parafii, w której mieszkam, czyli do Mikoszewa.

I jak odbierają Pana parafianie?

Mam bardzo dobry kontakt z sąsiadami. Znają mnie jako policjanta i człowieka zaangażowanego w życie parafii.

A koledzy i koleżanki z pracy?

Oni zawsze kojarzyli mnie z Kościołem, ponieważ miałem w sobie ewangelizacyjnego ducha i nie kryłem się ze swoimi poglądami związanymi z wiarą i religią. Tak było np. na Mszach policyjnych, na których śpiewałem psalm. Początkowo byli zdziwieni, że z własnej woli się do tego zgłaszałem, ale przyzwyczaili się. Było mi bardzo miło, gdy później słyszałem komplementy i pochwały. O przyjętych święceniach diakonatu powiedziałem moim najbliższym współpracownikom. Kiedy po raz pierwszy służyłem na Mszy policyjnej jako diakon, nie byli zdziwieni, czułem duże wsparcie. Zdarza się, że przychodzą z prośbą o modlitwę w różnych sytuacjach życiowych, np. w przypadku choroby. Cieszę się, że widzą we mnie osobę wierzącą na poważnie, realnie zaangażowaną w życie Kościoła.

Bo policjant i diakon to człowiek służby...

Po 25 latach pracy w policji mogę powiedzieć, że wiem, co to jest służba i z czym jest ona związana. Moim zdaniem służba jest bezinteresownym dawaniem siebie innym. Zostałem policjantem, bo chciałem bronić słabszych. Pewnie dlatego, że bywałem świadkiem różnych niesprawiedliwości w stosunku do moich rówieśników. Święcenia diakonatu są dla mnie przyjęciem nowego rodzaju służby. W Kościele polega ona na prowadzeniu ludzi do życia wiecznego, do zbawienia. I tak jak w policji dbam o bezpieczeństwo i życie doczesne, tak jako diakon czuję się odpowiedzialny za bezpieczeństwo duchowe i życie wieczne wiernych. Pokornie proszę o modlitwę w mojej intencji, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że sam nie jestem w stanie niczego dokonać.


maciej.swigon@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama