Reklama

    Nowy numer 11/2023 Archiwum

Kolekcjonerzy z Prus Królewskich

Zbiory te dla właścicieli były swoistymi warsztatami badawczymi.

Kolekcje, które tworzyli dawni mieszkańcy Prus Królewskich (a były one bardzo popularne), miały z jednej strony dostarczać im rozrywki, a drugiej – były symbolami statusu społecznego. – Kto posiadał kolekcję, był „kimś” – opowiadała dr Katarzyna Pękacka-Falkowska, gość kolejnego spotkania z cyklu Wirtualnej Regioteki, organizowanego przez Bibliotekę Elbląską. Rozmowę prowadził Radosław Kubus. W Prusach Królewskich bardzo popularne było kolekcjonowanie monet, książek, a także naturaliów – roślin żywych i zasuszonych.

– Naturalia kolekcjonowały bardzo różne osoby, w Prusach Królewskich byli to przede wszystkim mieszczanie (w XVII w. przede wszystkim o wykształceniu medycznym), ewentualnie kupcy, którzy mieli żyłkę do przyrodoznawstwa, głównie botaniki – wyjaśniła dr Pękacka-Falkowska. Na początku XVIII w. do tej grupy zaczęły dołączać kolejne osoby. Miłośnikami naturaliów stawały się osoby o wykształceniu prawniczym, bo przecież – jak zaznaczyła prelegentka – żeby zajmować się historią naturalną, potrzebne było przede wszystkim zamiłowanie do tej dziedziny i odpowiedni kapitał. Kolekcje dawnych mieszkańców Prus Królewskich były narzędziem badawczym, warsztatem naukowym dla właścicieli. – Słynny kolekcjoner elbląski Nathanael Sendel, właściciel wspaniałej kolekcji bursztynów naturalnych, studiował poszczególne obiekty z tej kolekcji gołym okiem i przy użyciu mikroskopu. Dzięki temu mógł opisywać inkluzje, ale i mógł wykonywać różne eksperymenty, np. z podgrzewaniem bursztynu albo wrzucaniem go do kwasu – opowiadała dr Pękacka-Falkowska. Jako ciekawostkę dodała, że wówczas bursztyn był uważany za minerał, a nie żywicę kopalną.

Z kolei gdańszczanie Jakob i Johann Philipp Breyne wymieniali się z innymi kolekcjonerami roślinami, ich sadzonkami, nasionami, jak również kolekcjami zasuszonych roślin. To zaś mogło służyć do budowania nowych systemów klasyfikacyjnych roślin albo opisywania nowych gatunków. I, co ciekawe, Jakob Breyne jako pierwszy w swoich opracowaniach użył nazwy „wyka kaszubska” – roślina ta do dziś jest bardzo popularna. Kolekcjami zajmowali się głównie mężczyźni, choć i kobiety miały na nie swój wpływ. Kolekcjonerzy często kontaktowali się z mądrymi kobietami z ludu (ówczesnymi zielarkami), żeby pozyskiwać lokalne naturalia. Z kolei córki Johanna P. Breyne wykonywały ilustracje obiektów naturalistycznych z kolekcji albo ogrodów swojego ojca. Zbiory te miały bardzo dużą wartość. – Po śmierci kolekcjonerów wdowy po nich – jeśli nie miały synów, którzy mogliby przejąć spuściznę ojca, dziadka, pradziadka – sprzedawały kolekcje i robiły na tym spore pieniądze – przyznała dr Pękacka-Falkowska.

Do dziś zachowały się dwa takie dawne zielniki. Jeden pochodzi z 1659 r., a drugi – z 1675 r. Znajdują się w nich dziesiątki zasuszonych roślin, pochodzących m.in. z Prus Królewskich. Dzięki nim możemy dowiedzieć się, jak zmieniała się flora na przestrzeni wieków, poznać rośliny, które wyginęły, i dowiedzieć się, jakie spośród tych, które spotykamy w swojej okolicy, znali już przed wiekami mieszkańcy Prus Królewskich. Należą do nich np. śmiałek pogięty, kukułka (stoplamek). Zbiory te, według dr Pękackiej-Falkowskiej, są bardzo cennym źródłem wiedzy, z której dziś mogą korzystać nie tylko historycy kultury czy nauki, ale też osoby zajmujące się botaniką czy rolnictwem. Dr Katarzyna Pękacka-Falkowska jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie historii, adiunktem w Katedrze Historii i Filozofii Nauk Medycznych Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Jest autorką, redaktorem i tłumaczem licznych prac naukowych i popularnonaukowych z zakresu historii medycyny i przyrodoznawstwa.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy