Nowy numer 39/2022 Archiwum

Bóg posyłał anioły

Choć szanse na to, że uda się dołączyć do synów, były niewielkie, pani Aleksandra wytrwale modliła się o cud.

Był 24 lutego br. O godzinie 7 rano do Aleksandry Pisak zadzwonił syn i powiedział: „Mamo, u nas wybuchają bomby, zaczęła się wojna!”. Synowie pani Aleksandry, 16-letni Ostap i 14-letni Nazariy, byli w domu w Ukrainie, w regionie karpackim – ona zaś w Moskwie.

 – W jednej sekundzie wszystko się zawaliło, roztrzaskało na małe kawałki, których już nikt nigdy nie sklei. W głowie miałam tylko jedną myśl: jak wrócić do domu? – mówi pani Aleksandra. Kobieta ma rosyjskie obywatelstwo i pozwolenie na stały pobyt w Ukrainie.

Jak dotrzeć do Polski?

Pani Aleksandra urodziła się w 1983 r. Gdy była małym dzieckiem, zamieszkała z rodziną w Związku Radzieckim, na Syberii. – Na północy spędziłam dzieciństwo i młodość, lecz nie utraciłam ukraińskich korzeni; tradycje, piosenki, język – to wszystko było pielęgnowane w naszej rodzinie. Skończyłam szkołę, pedagogiczny instytut na Uralu, pracowałam jako nauczycielka języka i literatury rosyjskiej w Chanty-Mansyjskim Okręgu Autonomicznym – opowiada.

Do zachodniej Ukrainy wróciła z synami w 2013 r. W momencie napaści Rosji na Ukrainę pani Aleksandra nie miała możliwości powrotu do ojczyzny, ponieważ przy granicy toczyły się walki. Pozostawała podróż przez kraje trzecie, jednak nadzieja na to, że się uda, była niewielka…

Synowie kobiety znaleźli schronienie w Polsce. Dotrzeć do naszego kraju pomógł im przyjaciel rodziny Aleksiej Triszczuk. W Polsce do chłopców pomocną dłoń wyciągnęli Katarzyna i Andrzej Wojniczowie z Bądek, z parafii Wniebowstąpienia Pana Jezusa w gminie Gardeja. – Odebrali moich chłopców z granicy, zakwaterowali w domu swojego brata Grzegorza Wojnicza i jego żony Natalii, zapewnili im wszystko, co niezbędne. Chciałabym zaznaczyć, że wcześniej się nie znaliśmy – nie znałam państwa Wojniczów ani oni nigdy wcześniej nie poznali mnie – opowiada.

Pani Aleksandra z Moskwy poleciała do Kaliningradu. Miała nadzieję, że uda jej się przedostać do Polski.

Ludzie o wielkich sercach

Po dotarciu do punktu granicznego w Mamonowie od funkcjonariuszy Straży Granicznej dowiedziała się, że bez zaproszenia ze strony polskiej i wizy nie może przekroczyć granicy. Musiała wrócić do Moskwy i dotrzeć do Ambasady RP, by móc załatwić formalności. – Byłam w rozpaczy, płakałam i modliłam się do Boga o cud. Moje modlitwy zostały wysłuchane, pan Andrzej Wojnicz zdołał wystawić mi zaproszenie do swojej rodziny, co nie było łatwe, ponieważ jestem obywatelką Rosji. Jednak to nie wystarczyło, wciąż potrzebowałam wizy, a na tamten moment żaden kraj nie wydawał wiz obywatelom Rosji – tłumaczy.

Pani Aleksandra mimo trudności nie przestawała się modlić. – I tym razem Pan Bóg mnie nie opuścił, posyłał mi kolejne anioły – ks. Waldemara Maliszewskiego i wojewodę warmińsko-mazurskiego Artura Chojeckiego. Dzięki ich staraniom i ogromnemu zaangażowaniu zdarzył się wyczekiwany cud – konsulat w Moskwie przyznał mi wizę humanitarną na rok i uczynił to w tak szybkim tempie, w jakim nigdy wcześniej wizy humanitarne nie były przyznawane – zapewnia pani Aleksandra. Nazajutrz, 16 marca rano, ponownie poleciała do Kaliningradu.

– Trudno jest opisać, jak ciężko było przekroczyć granicę rosyjską. W pokoju przesłuchań zapytano, ile kosztowało mnie uzyskanie takiej wizy w dzisiejszych warunkach. Nie uwierzono mi, że Polacy zrobili to absolutnie bezinteresownie, że zrobili to ludzie, którzy nigdy w życiu mnie nie widzieli i nie znali. I nawet już będąc po polskiej stronie, ponownie usłyszałam pytanie: jak udało się pani zdobyć taką wizę? – relacjonuje kobieta.

Po wielu godzinach spędzonych w podróży dotarła do Bądek, gdzie mogła dołączyć do synów. – Przytuliłam moich chłopców i poznałam niesamowitych ludzi o wielkich sercach, którzy bardzo nam pomagają. Są to Katarzyna Ginter, Karolina Nowak, Marzena Gimińska, Bożena Rybus z Gardei – wymienia pani Aleksandra.

Parafia w Cyganach wspiera nie tylko panią Aleksandrę. Wspólnota pomaga 10. Brygadzie Górskiej Szturmowej Miasta Kołomyi, udziela finansowego wsparcia siostrom zakonnym i parafii w mieście Chmielnicki, a także robi wszystko, aby uratować wzrok 18-letniej Oksany, która traci go w zastraszającym tempie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy