• facebook
  • rss
  • Młynarz powrócił

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Gość Elbląski 44/2016

    dodane 27.10.2016 00:00

    Kiedy ludzie dowiedzieli się, co chce zrobić, pukali się w głowy. – A specjaliści mówili mi, że takie rzeczy to robi przynajmniej kilku inwestorów, a nie jeden człowiek – mówi Stefan Kotowski, właściciel zabytkowego elbląskiego młyna, dziś bardziej znanego jako Hotel Młyn. Ale on się zaparł i podniósł z ruin tę wiekową budowlę.

    Z przywileju nadanemu Elblągowi w 1246 r., a więc dziewięć lat po założeniu miasta, można pośrednio wnioskować, że należący do zakonu krzyżackiego młyn, widniejący pod nazwą Strauchmühle, czyli Młyn Krzaczasty, już działał. Wciąż wykorzystywany był zgodnie ze swoim pierwotnym przeznaczeniem, jako młyn zbożowy i silos, do połowy lat 60. XX wieku. Pod koniec lat 80. obiekt został opuszczony.

    W 1991 r. Zespół Młyna Wodnego został wpisany do rejestru zabytków. – Poza przybiciem dwóch tablic, które mówią o tym, że to zabytek, władze kompletnie nic nie zrobiły, aby o niego dbać – opowiada pan Stefan. Młyn pozostawiono na łasce szabrowników. – Rozkradali wszystkie metalowe elementy, który mogli wynieść o własnych siłach – dodaje. – Pamiętam też, że jak już kupiłem budynek, przyjechałem po Bożym Ciele zobaczyć, jak wygląda. Wtedy zobaczyłem furmankę, a na niej kanapę. Na tę kanapę dwóch mężczyzn zrzucało ostatnie dachówki ze spichlerza. Dopiero kiedy mnie zobaczyli, uciekli. Mimo takich przeciwności pan Stefan nie zrezygnował. – Po prostu zakochałem się w tej bryle od pierwszego wejrzenia – mówi. Trudno uwierzyć w jego słowa, kiedy ogląda się zdjęcia budynku z połowy lat 90., kiedy znajdował się on w najgorszym stanie. W 1994 r. młyn spłonął, budynek główny stracił dach i stropy, mury w wielu miejscach popękały. – Kiedy patrzyłem na te ściany, miałem przed oczami obraz przedstawiający młyn jeszcze w średniowieczu. Postanowiłem podjąć się odbudowy, choć nie miałem pewności, że mi się uda. Zacząłem od Domu Młynarza – mówi pan Stefan. Kiedy udało się odrestaurować ten mały budynek, pojawiło się pytanie, co dalej. – Pozostałe budowle wręcz żądały, aby się nimi zająć. A dodatkowym dopingiem było to, że utrzymywaliśmy doskonałą współpracę z konserwatorem zabytków oraz urzędem miejskim. Szybko udało nam się przekonać te podmioty, że chcemy odbudować prawdziwy zabytkowy budynek, a nie jakiś falsyfikat. Wtedy też należało określić, jaką funkcję będzie spełniał budynek po odbudowie. – W porozumieniu z urzędem miasta uzgodniliśmy, że idealnie będzie się on nadawał na restaurację i hotel – wyjaśnia właściciel. – Taką decyzję ułatwił również fakt, że już w latach 70. istniały plany zaadaptowania młyna właśnie w taki sposób. Całość odbudowy trwała w sumie siedem lat. Dziś z młyna jako hotelu korzystają goście z całego świata. Stefan Kotowski mówi, że nie robił tego na pokaz czy dla pochwały. Postanowił jednak opowiadać o swoim osiągnięciu, by promować ruszający właśnie projekt „Warmio, quo vadis?”. – Współpracując z instytucjami, specjalistami i pasjonatami z różnych miejsc regionu, będziemy chcieli zwrócić uwagę na kulturowe dziedzictwo Warmii – mówi Agnieszka Jarzębska, koordynatorka projektu. – Nasz młyn również do tego dziedzictwa należy, więc warto o nim mówić – tłumaczy pan Stefan i dodaje, że poruszyła go sprawa niszczejącego młyna w Starogardzie Gdańskim. – Myślę, że możemy się pochwalić naszemu sąsiadowi Gdańskowi i pokazać mu, jak można się takimi perełkami zaopiekować – uśmiecha się właściciel młyna. Pan Stefan opowiada z przymrużeniem oka, że pracownicy hotelu w nocy słyszą kroki w Domu Młynarza. Twierdzą, że to sam młynarz przechadza się, żeby doglądać swojego dobytku. – Skoro wrócił na swoje posiadłości, to chyba jest zadowolony z tego, co tutaj zrobiliśmy – śmieje się obecny właściciel.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół