• facebook
  • rss
  • 800 km w 32 dni

    Agata Bruchwald

    |

    Gość Elbląski 10/2017

    dodane 09.03.2017 00:00

    Pielgrzymi, wracając do domu z Drogi św. Jakuba, przywożą bagaż doświadczeń.

    Piotr Orzechowski z Malborka pokonał ponad 800 kilometrów, idąc Drogą św. Jakuba. O przygodzie opowiedział w czasie spotkania Klubu Przyjaciół Pomorskiej Drogi św. Jakuba we wtorek 28 lutego. Pan Piotr pielgrzymował szlakiem francuskim.

    Dowiedział się o nim w czerwcu, wyruszył 28 sierpnia, pielgrzymował 32 dni. Do marszu zainspirowała go córka. Ze znajomymi przygotowywała się do wyjścia w trasę. Chcieli ją przejść turystycznie – sprawdzić się. Decyzję o pielgrzymce pan Piotr podjął w dwa dni. – W młodości z kolegami chodziłem na pielgrzymki na Jasną Górę. Wychodziliśmy z Malborka – przypomniał. Pan Piotr przyznał, że w drogę nie można wybrać się „z biegu”. Dziś decyzja, za tydzień start – w takiej sytuacji najprawdopodobniej po 2, 3 dniach marszu trzeba będzie wrócić, bo fizycznie człowiek nie da rady. Pielgrzym z Malborka przygotowywał się ponad miesiąc. Codziennie pokonywał od 5 do 10 km, planował trasę, kupował odpowiednią odzież. Swoją pielgrzymkę pan Piotr rozpoczął od przygody. Przed nim szła mała grupka osób, więc stwierdził, że pójdzie za nimi. Gdy go zauważyli, powiedzieli mu, że idą jeszcze na zakupy. Musiał zawrócić. Plecak pielgrzyma nie powinien ważyć więcej niż 7,5 kilograma. Pan Piotr marsz rozpoczął z 15-kilogramowym pakunkiem. Dziś już wie, że wystarczą dwie koszulki, dwie pary skarpetek, spodni, bielizny. Na trasie trzeba po prostu prać. – Poznałem ludzi z całego świata – mówił. Wśród nich była dentystka z Nowego Jorku, właścicielka kilku gabinetów dentystycznych. Dlaczego szła? Miała problemy z synem. Pieniądze, których jej nie brakuje, nie pomogły. Gdy dowiedziała się o szlaku, wiedziała, że musi pójść dla syna. – Droga jest fantastycznie oznakowana – zapewnił pan Piotr. Szlak wyznaczają muszle, strzałki. Nawet jeśli się zabłądzi, łatwo się odnaleźć. Drogą św. Jakuba każdy idzie sam. Nawet jeśli danego dnia z kimś się wyrusza, to na trasie nie pilnuje się towarzysza. Pielgrzymi idą swoim tempem. Za kilka dni najprawdopodobniej znów się zobaczą. – Te spotkania są bardzo fajne. Zawiązują się przyjaźnie – opowiadał pan Piotr. – Po całym dniu marszu można się dowiedzieć, jak mało człowiekowi potrzeba do życia – zauważył. Po dotarciu na nocleg człowiek marzy jedynie o kąpieli i czymś do jedzenia. A po chwili jest jak nowo narodzony. Decyzja o tym, by zwiedzieć miejscowość, do której dotarł, zapada spontanicznie. – Nie poznałem nikogo, kto by szedł turystycznie – przyznał pan Piotr. W czasie marszu dla pielgrzyma bardzo ważny był Różaniec. Miał nagranie Różańca z Janem Pawłem II. Słuchał go, modlił się, gdy było bardzo ciężko. Pan Piotr opowiedział również o radzie, jaką kiedyś przeczytał. Zaleca ona, by gdy jest ciężko, „wyciągnąć z plecaka” swojego znajomego, członka rodziny. I zacząć analizować, co jest złego w relacjach z nim, jak można je polepszyć. W czasie takich rozmyślań kilometry mijają bardzo szybko. – Gdy będziecie szli codziennie, otrzymacie znaki od Boga – zapewnił słuchających. – Codziennie był jakiś znak. Przestałem wątpić w cokolwiek – zapewnił. Na trasie Camino de Santiago każdy problem się rozwiązywał.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół