• facebook
  • rss
  • Ewangelizowanie hałasu

    Łukasz Sianożęcki

    |

    Gość Elbląski 33/2017

    dodane 17.08.2017 00:00

    – Większość z nich jest z dala od Kościoła. Ale w ich gestach i słowach widziałam tęsknotę za prawdziwą miłością. Miłością Pana Boga – opowiada Anna Kierzynkowska.

    Woodstokowicze podchodzili do nas i mówili: „Dobrze, że jesteście”. Dodawali, że tutaj czują się dobrze, mają z kim pogadać, czy nawet mogą spotkać Pana Boga – wspomina Dorota Czarnotta, która wraz z grupą wolontariuszy z Elbląga posługiwała na tegorocznym Przystanku Jezus. Z naszego miasta do Kostrzyna wybrało się siedem dziewcząt wraz z o. Przemysławem Ilskim CSsR.

    – Najpierw musieliśmy dobrze przeżyć rekolekcje, od których Przystanek Jezus się zaczął – opowiada Katarzyna Grabowska. – W kolejne dni naszym zadaniem była ewangelizacja. Wychodziliśmy na pole Woodstocku i głosiliśmy w różny sposób. Zazwyczaj to ludzie sami do nas podchodzili, zaczepiali, chcieli zagadać, czasem to my rozpoczynaliśmy rozmowę. – Co ciekawe, na tych rekolekcjach, na których przygotowywaliśmy się do głoszenia, byli obecni również ludzie, do których mieliśmy być posłani – mówi Anna Kierzynkowska. Było to możliwe dzięki temu, że namiot Przystanku Jezus znajdował się zaraz obok pola koncertowego. – Nie chowaliśmy się w kościele czy gdzieś z dala ćwiczyliśmy, co będziemy mówić, ale byliśmy z tymi ludźmi, do których szliśmy – wyjaśnia Anna. Dorota dodaje, że włączać się można było w różne zadania i formy ewangelizacji. – Ja ten swój pierwszy raz na Przystanku Jezus chciałam przeżyć w pełni, zobaczyć, jak to jest, poznać dokładnie wszystkie szczegóły – opowiada. Jak mówi, można jednak wskazać dwa zadania, które miała każda z grup: utrzymanie porządku oraz adoracja Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Wbrew pozorom największym kłopotem było wykonanie tego drugiego zadania. – A to wszystko przez hałas. Byliśmy bardzo blisko Woodstocku i małej sceny. Cały czas grała głośna muzyka – wspomina. – We mnie była bardzo duża walka, kiedy adorowałam Pana Jezusa, a z woodstockowej sceny leciała jakaś rąbanka. Doceniłam w tym momencie adorację w ciszy w mojej kaplicy na Robotniczej. Ale myślę, że ten hałas też miał nam coś pokazać. Uczył, że pomimo takich burz, człowiek jest w stanie przetrwać, ale tylko z Chrystusem. Mimo wszystko wolontariusze są zgodni, że był to piękny czas. – Ogólne wrażenie – bardzo pozytywne. Jestem zachwycona tym czasem – mówi Kasia. – Po pierwsze czasem rekolekcji, które trwały od niedzieli do wtorku. Były one mocno ubogacające i dodawały sił do głoszenia Dobrej Nowiny o Jezusie, a także w praktyczny sposób dawały wskazówki, jak to robić – opowiada. – Mimo że człowiek jedzie ewangelizować innych, musi najpierw zacząć od siebie i siebie „zewangelizować” – dodaje Izabela Marciniak. Dni spędzone na Przystanku Jezus są również czasem poznawania siebie, swoich barier i możliwości. – Mam skłonność do osądzania i oceniania ludzi. Na Woodstocku nie ma na to miejsca. Ci ludzie z jednej strony są tacy sami jak my, a drugiej – tak bardzo różnorodni – uważa D. Czarnotta. – Jedni przebrani za tygrysa, inni z ogromnym pampersem na biodrach, inni w samej bieliźnie, albo mężczyzna w białej sukni czy chłopak łowiący wędką w kratce kanalizacyjnej – rysuje obrazki zapamiętane z Kostrzyna. Zdaniem wolontariuszki, gdy idzie się ulicą i zobaczy kogoś takiego, automatycznie pojawia się szyderczy uśmiech, poczucie lepszym od tego człowieka. – Tam, na Przystanku Woodstock, trzeba się tego wyzbyć, tylko wtedy jest się w stanie bez zgorszenia i z radością iść głosić Chrystusa. Dziewczyny wspominają także moment, gdy spotkały mężczyznę około 10 lat starszego od nich. Rozmowa z nim trwała ponad godzinę. – Był bardzo przyjaźnie do nas nastawiony, opowiadał o swoim życiu, rodzinie, braku wiary, o tym, że kiedyś był w oazie – opowiada Dorota. – Z racji, że pierwszy raz byłam na PJ i, oczywiście, na Woodstocku, zaczęłam zadawać mu pytania, jak to jest na Woodstocku, co się tam robi cały dzień, jacy ludzie są wzajemnie dla siebie. Na co on powiedział: „Poczekajcie!”. Obok przechodziło dwóch dużych i dobrze zbudowanych mężczyzn, jedli lody. Nasz rozmówca powiedział, że nam coś pokaże. Odwrócił się do nich i krzyknął: „Hej, dacie mi loda?!”. Wtedy pomyślałam, o będzie bójka, bo to był taki trochę dwuznaczny tekst. Na co jeden z nich z uśmiechem na twarzy odwrócił się i powiedział: „Proszę”, wręczając mu loda... Nasz rozmówca odmówił i powiedział, że chciał tylko pokazać nam, jak ludzie są przyjemni tutaj dla siebie. Szczerze? Nie spodziewałam się takiej reakcji, bo w dzisiejszym świecie na ulicy niejeden by dostał za to lanie... Sami wolontariusze nigdy nie spotkali się z niechęcią ze strony uczestników imprezy. – Nawet jeśli ktoś nie chciał z nami rozmawiać, zazwyczaj mówił: „Ja nie wierzę, ale szacunek dla was za to, co robicie” – opowiada Iza. Jak ocenia Anna, najważniejsze było to, że wielu z nich decydowało się na tę rozmowę. – często chcieli nam po prostu powiedzieć, co ich boli, dlaczego odeszli od Kościoła i o tym, o czym w swoich środowiskach rozmawiać nie mogą – mówi. – Widać było również po nich, że chcieliby wrócić. W ich gestach i słowach widziałam tęsknotę za prawdziwą miłością. Miłością Pana Boga. – Te wszystkie spotkania były dla mnie bardzo ważne, pokazały, że potrzebujemy siebie nawzajem jako ludzi, i były dla mnie umocnieniem w wierze – podsumowuje Iza.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół