• facebook
  • rss
  • Rychliki pokochały scenę

    Łukasz Sianożęcki Łukasz Sianożęcki

    dodane 25.11.2017 09:00

    To jedyny taki teatr w Polsce. Aktorzy, reżyserzy, scenografowie, dźwiękowcy, a nawet spece od efektów specjalnych są mieszkańcami jednej gminy.

    „Ja nie mam nic, ty nie masz nic, razem mamy akurat tyle, żeby zrobić coś wspaniałego” - z takiego założenia musieli wyjść 7 lat temu Michał Fedak i Elżbieta Biczak, kiedy zakładali Proskenion.

    Grupa teatralna o tej nazwie to jedyny taki projekt w Polsce. Aktorzy, reżyserzy, scenografowie, dźwiękowcy, spece od efektów specjalnych to mieszkańcy jednej gminy. Tą gminą są Rychliki.

    - Wszystko zaczęło się jeszcze w szkole, kiedy nasza polonistka - pani Ela Biczak - omawiała „Dziady” i wówczas zaproponowała, żeby zrobić inscenizację tej sztuki. Było kameralnie, tylko w klasie, ale wyszło całkiem fajnie - wspomina M. Fedak. Wtedy też pojawił się pomysł, aby zrobić to samo w kościele parafialnym.

    Zaplecze na chórze

    Proboszcz ks. Lech Wasilewski bez problemu dał zielone światło. - Rychliki są małą miejscowością i mieszkańcy wiedzieli, że odbywają się próby do przedstawienia. Mieliśmy też darmową reklamę - głośnik na kościele. Dźwięk niesie się daleko na okolicę. W dniu spektaklu całe Rychliki się wyludniły - opowiada M. Fedak.

    - Już wtedy wyglądało to bardzo dobrze, było klimatycznie, przy świecach, bez elektrycznego oświetlenia. Kościół był pełen ludzi. W Rychlikach dużo mówiło się potem o tym przedstawieniu - wspomina pani Elżbieta.


    M. Fedan przyznaje, że to był moment, który popchnął wszystkich do dalszego działania.
 Wtedy też świątynia w Rychlikach została „bazą” Proskenionu. - Kościół stał się salą prób, tu wystawiane były też pierwsze spektakle, a na chórze mamy rekwizytornię - zdradza Michał.

    Pomagała również pobliska szkoła podstawowa. Dyrekcja użyczała sprzętu, wspomagała radą. Chodziło o robienie sztuki na naprawdę wysokim poziomie. - A to nie byłoby możliwe bez Michała - mówi Marzena Kruszka, odpowiedzialna za stroje. Jej zdaniem, to on jest motorem napędowym całej grupy.

    Michał macha ręką i mówi, że sukces jest wspólny. - Ja tylko staram się wszystko koordynować, a że elementów składowych jest całe mnóstwo, to nie sposób wymigać się od pracy.

    Od tamtej chwili minęło już 7 lat. Na koncie grupy zebrała się pokaźna liczba spektakli i miejsc, gdzie były wystawiane.

    Jako druga w repertuarze pojawiła się baśń „Pan Twardowski”. Grali ją m.in. w Ornecie, Młynarach, Kwietniewie. Za każdym razem przy komplecie publiczności. - Tam mogliśmy zaprezentować po raz pierwszy to, co dzisiaj tak bardzo lubimy wymyślać i wprowadzać, czyli efekty specjalne - wspomina Michał. - Wtedy po raz pierwszy zastosowaliśmy suchy lód i gorącą wodę. Wiedzieliśmy, że efekt jest niesamowity i stwarza niepowtarzalny klimat. Byliśmy niezmiernie dumni z tego i z niecierpliwością czekaliśmy na rozpoczęcie przedstawienia. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Poza jedną rzeczą - nie ustaliliśmy, kto ma ten suchy lód wodą polewać - śmieje się Michał. - Uratowała nas zupełnie obca pani, która w ostatniej chwili zaproponowała pomoc.

    Myszami w publiczność

    Kolejnym wyzwaniem była „Stara Baśń” Kraszewskiego. To tutaj najbardziej dało się odczuć, że w działalność teatru jest zaangażowana cała miejscowość. - Trzon to kilkadziesiąt osób, ale tak naprawdę pracują w nim wszyscy mieszkańcy - mówi Michał.

    Sąsiedzi i znajomi szyją stroje, robią makijaże, wykonują rekwizyty. - Zawsze są gotowi do pomocy - ktoś zbije klatkę, ktoś inny ją pomaluje. Do „Starej Baśni” panie wieczorem i nocą szyły nasze stroje, potem jeszcze prasowały - opowiada szef grupy.

    Przy tej sztuce również bardzo często zmienia się miejsce akcji, więc nie brakuje pracy dla nikogo. - Przygotowania do wystawienia „Starej Baśni” trwały ponad dwa miesiące - opowiada E. Biczak. - Bo skąd wziąć na przykład myszy? Z pomocą przyszły, oczywiście, życzliwe mieszkanki. Panie uszyły 40 puchatych zwierzątek, do złudzenia przypominających żywe stworzenia. Efekt przeszedł nasze oczekiwania. W kościele ciemność, stryjowie są martwi, wstają jako trupy i rzucają w widownię myszami. W ławkach był pisk - uśmiecha się pani Elżbieta. - Jednak ostatecznie myszy tak bardzo przypadły do gustu widzom, że na następne przedstawienia trzeba było przygotować kolejne - opowiada Marzena Kruszka.

    Najmłodszy z aktorów ma jedynie 7 lat. - Lubię przychodzić, bo tutaj się nie nudzę - mówi Krzysiu. W obecnie wystawianych „Dziadach” jest częścią chóru, ale najbardziej podobała mu się rola, którą powierzono mu w „Starej Baśni”. - Grałem tam Ziemowita - wspomina z dumą i recytuje fragment swojego tekstu.

    Niewiele starszy od Krzysia jest Jakub. - To również fenomenalny młody aktor - mówi o nim pani Elżbieta. - Tak bardzo chciał dziś z nami zagrać, bo występujemy w jego rodzinnym Kwietniewie, ale niestety zdrowie mu nie pozwoliło.

    Do Proskenionu należą również studenci. Choć opuścili już Rychliki i uczą się w dużych miastach, często bardzo odległych, chętnie przyjeżdżają na próby oraz przedstawienia. - Tego, co daje granie na scenie, nie da nic innego - uważa Monika Laskowska, studentka Politechniki Gdańskiej. - Kontakt z publicznością, możliwość bycia w grupie, która jest tak zaangażowana, od maluchów po dorosłych, to niesamowite przeżycie. Poza tym wszyscy tutaj się lubimy, jesteśmy na siebie otwarci. Tworzymy jedną wielką rodzinę.

    To właśnie otwartość decyduje o tym, że grupa działa tak sprawnie. - Niczego przed sobą nie ukrywamy. Nawet kiedy dzielimy role, robimy to publicznie. Nie ma tak, że ktoś ustala: ty będziesz grał to, a ty to. Dzięki temu nie ma wśród nas zazdrości, że ktoś dostał ważniejszą rolę. Zresztą staramy się też często zmieniać, a nie ma z tym problemu, bo praktycznie każdy z naszych aktorów zna już te sztuki na pamięć - wyjaśnia M. Fedak.

    Sztuka zamiast kiełbasy

    Wsparcie mieszkańców też jest nieprzerwane. - Ludzie nam pomagają, bo pokazaliśmy im, że możemy wspólnie zrobić coś fajnego, i że wcale nie trzeba na to dużej kasy. To jest też dowód na to, że nie tylko festyn z kiełbasą może być popularną formą spędzania wolnego czasu w małych miejscowościach - mówi M. Fedak.

    Trud, zaangażowanie oraz poziom Proskenionu docenili nie tylko widzowie. W czerwcu teatr otrzymał doroczną nagrodę starosty elbląskiego w dziedzinie kultury. - Była ona dla nas zaskoczeniem, bo nie robimy teatru dla nagród. Zrobiło się o nas troszkę głośniej, więc musimy trzymać poziom, a nawet go podnosić - mówi M. Fedak.


    Nagrodę grupa przeznaczyła na zakup mikrofonów z mikroportami, żeby ułatwić pracę aktorom.


    Z kolei prezentem, jakim Proskenion obdarowuje wszystkich donatorów, szczególnie parafię, jest doroczne Misterium Męki Pańskiej, które wystawiają na wzgórzu wokół kościoła w Rychlikach. Przedstawienie zaczyna się po zmroku, poszczególne stacje odgrywane są wokół świątyni, zaś kończy się sceną zmartwychwstania już w jej wnętrzu. - Z głośników kościoła niesie się muzyka z tekstami „Gorzkich Żali”. Całą trasę oznaczyliśmy płonącymi pochodniami. Po prostu ciarki przechodzą po plecach - mówi E. Biczak.

    Wraz z końcem listopada grupa przestaje wystawiać „Dziady”. - W grudniu jest już inny klimat, więc ten rodzaj sztuki nie pasowałby do tego czasu - wyjaśnia pani Elżbieta.

    - Choć nie mamy sprecyzowanych planów na przyszłość, to spotkania wciąż się odbywają, tak samo jak próby. Jedyny nasz konkretny plan to trwać i się rozwijać - mówi szef grupy.


    Więcej w wydaniu papierowym "Gościa Elbląskiego" nr 48 na 3 grudnia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Reklama

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół