Nowy numer 30/2021 Archiwum

Dostaliśmy drugie życie

– Najbardziej brakowało bliskości drugiego człowieka. Gdy jest się bardzo słabym, chce się, by najbliższa osoba choć przez chwilę pobyła obok, potrzymała za rękę – opowiada pani Barbara.

W jednej z wiadomości do syna napisałem: „Nadchodzi taki moment, a właściwie on jest zawsze, gdy najlepiej jest przylgnąć do Stwórcy i przy nim trwać”. A on mi odpisał: „Tata, nie poddawaj się. Tata, walcz”. Później tłumaczyłem mu: „Synu, to nie jest tak, że jeśli człowiek zgadza się z wolą Bożą, to spodziewa się śmierci. Ludzie boją się i mówią: »A, niech się spełni wola Boża«. Ale czy to musi oznaczać coś złego? Ta wola może przecież oznaczać radość, szczęście” – mówi Ryszard Raszkowski. On i jego żona Barbara stoczyli ciężką walkę z COVID-19. Dziś wierzą, że wygrali ją nie tylko dzięki wysiłkom lekarzy, ale także wytrwałej modlitwie.

Wy nie traćcie nadziei

Małżonkowie pozytywny wynik testu na koronawirusa otrzymali 8 lutego i przez kolejnych 10 dni przebywali w domu. W tym czasie pan Ryszard bardzo kaszlał, czasami miał podwyższoną temperaturę, natomiast u pani Barbary utrzymywał się stan podgorączkowy i osłabienie. Bardzo dużo spała, mąż budził ją tylko po to, by coś zjadła, napiła się. „Tak przebiega COVID-19. Wietrzcie mieszkanie” – słyszeli, gdy dzwonili do przychodni lekarskiej.

– W czwartek 18 lutego zobaczyłam, że z mężem dzieje się coś złego, że zaczyna łapać powietrze „jak ryba”. Ja byłam tak słaba, że z łóżka wstawałam tylko do toalety – wspomina pani Barbara. Taki stan utrzymywał się, mimo że od dwóch dni przyjmowali antybiotyki. Jako pierwszy do szpitala trafił pan Ryszard. Po zbadaniu go medycy obawiali się, że będzie potrzebny respirator, ale ostatecznie do tego nie doszło. Pan Ryszard wysłał wiadomość do żony, by także do siebie wezwała pogotowie: „Nie czekaj. Każda godzina się liczy”. Pani Barbara jeszcze przed północą była na oddziale. Pan Ryszard w szpitalu spędził łącznie 51 dni (39 w Elblągu, 12 w Olsztynie), a pani Barbara 33 (w Elblągu).

– To było straszne. Każdy oddech to była walka o przetrwanie – przyznaje kobieta. Choć stan małżonków był bardzo poważny i leżeli na salach dla pacjentów najciężej chorych, oboje uniknęli respiratora, choć kilka razy na to się zapowiadało. Pan Ryszard jest przekonany, że tak się stało w dużej mierze dzięki jednemu z anestezjologów, który pokazał mu, jak ułożyć ciało, by poprawić jakość oddechu. – Moja pani doktor prowadząca była osobą głęboko wierzącą. Kiedy o cokolwiek ją pytałam, odpowiadała: „Wy nie traćcie nadziei, silni bądźcie psychicznie, bo tylko Góra wie, co z wami będzie. Ja wam tego nie powiem” – opowiada pani Barbara. T

ak blisko siebie, a jednak nie razem

Stan pana Ryszarda zaczął się pogarszać dwa dni później. Pani Barbara usłyszała, że jej mąż umiera. – „Mogę pójść do niego się pożegnać?” – zapytałam. – „Nie, nie wolno” – usłyszałam. Byłam wtedy pod tlenem – wspomina. „Boże, jak to będzie, ja się nawet z nim nie pożegnam?” – pomyślała wówczas. Ten brak możliwości spotkania się sprawiał największy ból. W pewnym momencie zadzwonił do niej zaprzyjaźniony z rodziną ks. Zbigniew Kulesz. – Ten telefon mnie uratował. Ksiądz Zbigniew umiał do mnie dotrzeć, podtrzymać na duchu. Ogarnął mnie spokój. Czekałam już tylko na to, kiedy ktoś mi powie, że mąż zmarł – przyznaje pani Barbara, przełykając łzy.

Po kilku godzinach stan kobiety tak bardzo się pogorszył, że trafiła na tę samą salę, na której leżał pan Ryszard. Na jednej sali przebywali tylko przez noc. Przez wiele dni nie widzieli się, bo choć sale na oddziale są przeszklone, ich łóżka stały po przekątnej. Pani Barbara o pomoc zaczęła prosić św. Szarbela. Wybór świętego nie był przypadkowy, bo w każdy ostatni poniedziałek miesiąca w ich parafii pw. Trójcy Świętej w Elblągu odprawiana jest Msza św. przy relikwiach tego świętego. „Święty Szarbelu, złap nas i trzymaj w swoich rękach, byśmy choć w ten sposób mieli ze sobą łączność. Jesteśmy na jednym oddziale. Tak blisko siebie, a człowiek nie może nawet paru chwil poprzebywać razem” – prosiła pani Barbara. Przez dwa tygodnie stan kobiety był tak poważny, że straciła poczucie czasu i przestała się modlić.

Zaczynała mówić: „Zdrowaś, Maryjo...” i nie wiedziała, co dalej, jakby zapomniała słów modlitwy. – Może to wynikało z niedotlenienia? Nie potrafiłam odmówić prostej modlitwy, przez cały czas wołałam do św. Szarbela. Prosiłam, żeby nas wspierał, wypraszał potrzebne łaski – opowiada pani Barbara. – Ja natomiast przez cały czas się modliłem albo słowami znanych mi modlitw, albo własnymi. Dzięki temu zapominałem o ciężkim oddechu, czułem się lepiej. Nawet dwa razy dziennie odmawiałem Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Gdy miałem już tyle sił, by sięgnąć po telefon, czytałem czytania z dnia, a w myślach modliłem się słowami Gorzkich Żali – mówi pan Ryszard.

Starał się również rozważać Drogę Krzyżową. Własnymi słowami, czasem myląc kolejność stacji. Pamięta, że pewnego razu, gdy trwał na tej modlitwie, przyszedł anestezjolog, by zakwalifikować go do podłączenia pod respirator. Pierwsza myśl, jaka wtedy mu przyszła do głowy, to ta, że nie dokończy modlitwy. Przypomniał sobie, że św. Jan Paweł II w każdy piątek w roku rozważał Drogę Krzyżową. W czasie choroby pan Ryszard poczuł pragnienie, by gdy wyzdrowieje, także w każdy piątek w ten sposób się modlić. Pani Barbara zaś, gdy jej stan się poprawił i wróciła do modlitwy, budziła się każdej nocy o godz. 3 i odmawiała Koronkę do Bożego Miłosierdzia i inne modlitwy. Był to czas Wielkiego Postu, a ona dziękowała, że właśnie w taki sposób go przeżywa.

Sąsiedzka modlitwa

Syn państwa Raszkowskich, Piotr, bardzo często kontaktował się z medykami. Wiele razy słyszał, że „rodzice z tego nie wyjdą”. Pan Ryszard nie załamywał się, każdego dni do personelu medycznego mówił, że czuje się lepiej. Dlatego syn od lekarzy słyszał: „Tata mówi, że jest lepiej, ale na razie jest bez zmian”. W tym czasie z wielu miejsc płynęła gorliwa modlitwa w intencji państwa Raszkowskich. – Mamy cudownych sąsiadów. Gdy trafiliśmy do szpitala, powiadomili o tym parafię. Zaczęła płynąć modlitwa – mówią.

Msze św. w ich intencji odprawiane były w ich parafialnym kościele Trójcy Świętej, prośba o uzdrowienie wypowiadana była w czasie Nowenny do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i codziennej adoracji Najświętszego Sakramentu. Małżonkowie należą do Domowego Kościoła, w modlitwę o uzdrowienie włączył się cały rejon Elbląg Północ. Mama ich synowej natomiast należy do grupy modlitewnej spotykającej się przy parafii św. Brata Alberta w Elblągu. Oni także włączyli się w błaganie o cud. Związany z parafią ks. Stanisław Gorgol, obecnie przebywający na misji w Wenezueli, także tam, w Ameryce Południowej, każdego dnia odprawiał Mszę w intencji państwa Raszkowskich. O otaczającej ich modlitwie państwo Barbara i Ryszard dowiadywali się z kolejnych SMS-ów. Pani Barbara mówi, że jej stan zaczął się poprawiać po tym, jak przyjęła namaszczenie chorych. „Pani każdego dnia nabiera sił” – stwierdziła jej doktor prowadząca.

Po opuszczeniu szpitala państwa Raszkowskich czekało wiele badań, a przed nimi pobyt w sanatorium. Choć z dnia na dzień czują się lepiej, wciąż walczą o całkowity powrót do zdrowia. Dwa dni po wyjściu ze szpitala pan Ryszard miał wizytę u pulmonologa. Do gabinetu wszedł o własnych nogach, butlę z tlenem miał w torbie. „Czy mogę zrobić panu zdjęcie i wysłać na oddział, bo mi nie uwierzą, że pan Raszkowski na własnych nogach do mnie przyszedł” – usłyszał od lekarza. Zgodził się. – Dostaliśmy drugie życie. Pan nas wysłuchał, jeszcze mamy coś do zrobienia na ziemi. Codziennie rano zastanawiam się: co to za zadanie? Może jeszcze musimy na nie poczekać... – zastanawia się pani Barbara. Dziś od sąsiadów słyszą: „Jak miło was widzieć. Dobrze, że już przychodzicie do kościoła, modliliśmy się za was”.

– Wciąż dowiadujemy się, jaka rzesza ludzi się za nas modliła. Nie wszystkie te osoby znamy. W czasie choroby, gdy potrzebowaliśmy duchowego wsparcia, doświadczyliśmy jedności Kościoła – mówią. W maju w parafialnym kościele została odprawiona Msza Święta dziękczynna za uzdrowienie z choroby i w podziękowaniu za modlitwę wspólnocie parafialnej. W przyszłości małżonkowie planują udać się z pielgrzymką dziękczynną do Gietrzwałdu albo na Jasną Górę. – Lekarze powtarzają nam, że to był cud, że z tego wyszliśmy. Chwała Panu – podkreślają.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama